Starsza Pani powoli dochodzila do siebie. Z trudem wstawala, skarzac sie na sztywniejace stawy skokowe i kolanowe, ale leki robily swoje. Postanowila wiec wyprowadzac psa na spacer popoludniowy, to jest po obiedzie. Mowila wtedy:
- Wybacz, piesiu, ze tak czekasz. Babka wyprowadzi Cie na dlugi spacer. Musisz sie wybiegac.
Pies podawal Starszej Pani lape, aby mogla zalozyc obroze i smycz. Tak komunikowal sie z ludzmi kiedy wiedzial, ze czeka go cos dobrego. Albo kiedy zbroil i chcial przeprosic. Mlodsza Pani widziala w tym nawyk schroniskowy. Pies bywa tam czasem maskotka, ktora uczy sie prostych zachowan. Bumerang jednak przyswoil sobie podawanie lapy do wszystkich zachowan, ktore mialy tez sugerowac prosbe. Bo kiedy zostal jeden, jedyny raz zostawiony przed sklepem i przywiazany do slupa (Mlodsza Pani zajrzala tam, aby kupic kawe i obiecala psu, ze bedzie za kilka minut), podawal lape w gescie: "nie zostawiaj mnie, prosze".
Stopy Starszej Pani nie chcialy jeszcze poruszac sie z dawna lekkoscia. Ale Bumerang, zwlaszcza po swojej ucieczce, widocznie skruszal i nie ciagnal juz tak gwaltownie w kierunkach sobie tylko znanych. Byl nad wyraz spokojny, prowadzal sie dostojnie i zatrzymywal wtedy, kiedy smycz byla napieta. Teraz co prawda linka miala regulowana dlugosc (poprzednia smycz zostala z psa zdjeta w niewyjasnionych okolicznosciach, przepadla tez obroza), i dawala Bumerangowi kilkumetrowe pole manewru, ale i ona miala swoje granice. Pies zatem nie brykal w poszukiwaniu zapachow, szedl raczej powoli, ogladajac sie na Starsza Pania, czy ona za nim nadaza i gdzie jest. Wydawal sie pogodzony ze swoim stanem starzejacego sie psa i wrocil do swoich dawnych zwyczajow. Starszej Pani tez to odpowiadalo, bo miala na przyklad ochote usiasc na lawce, polozonej na uboczu zolnierskiego cmentarza. I Bumerang po kilku spacerach sam ja do niej prowadzil. A kiedy sie tam znajdowali, dostawal pic i przed niemaly kwadrans wylegiwal sie na trawie, smakujac polnych trawek i ziol. Pozwalal sie tez wyczesywac i spogladal leniwie na odlatujacy puch, unoszacy sie nad cmentarzem jak spadochrony dmuchawca.
Wrocila monotonia tych dni, ktore wraz z nadchodzacym latem rozleniwialy psa i Starsza Pania. Tak mialo byc, powtarzala staruszka, wyczesujac niesforne kleby siersci Bumeranga. - Teraz, kiedy jestes znow z nami, nie w glowie Ci przygoda. Ale uspokoiles sie i chyba Ci dobrze z nami, co? pytala.
Bumerang przymykal oczy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pies. Pokaż wszystkie posty
sobota, 4 lipca 2015
sobota, 24 listopada 2012
Bumerang i choroba
Nikt nie wiedział, co jest temu psu. Bumerang potrafił nie jeść przez dwa dni, a potem rzucał się na miskę, jakby miała w sobie najprzedniejsze smakołyki. Starsza Pani dziwiła się, że pies w ciągu 5 minut po prostu zmiata zawartość swojego talerza z kiszką drobiową, rozdrobnioną bułką czy mięsem kurczaka. I ze chce więcej.
Potem zwykł długo odpoczywać. Starsza Pani mawiała:
- I co teraz? Znów przez dwa dni nie będziesz jadł? A kto wymiotuje na spacerze, że aż ludzie się oglądaja? Komu burczy w brzuchu całe noce? - droczyła się z nim.
Pies zdawał się patrzeć na starszą panią, jakby chciał powiedzieć, że nie czuje się dobrze, ale już tak jest...Czasem jęczał przez sen, czasem zrywał się i dobiegał do starszej pani. Tym razem jego oczy mowiły: spacer, potrzebuję natychmiast wyjść!
Starsza Pani chcąc nie chcąc ruszała z psem wokół osiedla. Bumerang zaczynał wtedy nie od obwąchiwania drzew, ale od jedzenia trawy. Każde źdźbło mogło przeczyścić ściśnięty żołądek. Czasem wyrywał się ze smyczy do zbutwiałych liści albo liści jałowca rosnącego nieopodal domu starszej pani. Potem już tylko siadał, prowokując wymioty. Jego pysk wydawał się wtedy starszy, siwe wąsy poruszały się rytmicznie wraz ze skurczami żołądka. Czasem aż pies zamykał oczy...
Znajomy weterynarz badał psa. Ale ani USG, ani ogólne badanie psiej krwi nie wykazywaly nieprawidłowości. Żołądek - w porządku. Jelita - w porządku. Wątroba - w najlepszej kondycji. Jelito grube też w normie. Krew zdrowego psa. Młody, lekko zgarbiony mężczyzna wzruszył ramionami: on tak ma po schronisku. Wtedy zapewne długo nie jadł, a jak jadał, rzucał się na jedzenie. To nawyk. Te psy nie jedzą, dopóki nie przyjdzie do nich ktoś, kto je wyprowadzi na spacer. Potem, z przejedzenia, jelita odmawiają posłuszeństwa a żołądek przypomina balon, który trzeba wyczyścić. Bumerang musi jeść mniejsze porcje, a częściej. A jak nie zechce...niech je, jak chce - lekarz głaskał psa po głowinie.
Bumerang więc co drugi dzień jadł trawę, wymiotował, a potem rzucał się na jedzenie z pasją szczeniaka. I w mgnieniu oka wracal do kondycji wąchacza drzew, kokieteryjnego Casanovy i psa z niespożytą energią.
Potem zwykł długo odpoczywać. Starsza Pani mawiała:
- I co teraz? Znów przez dwa dni nie będziesz jadł? A kto wymiotuje na spacerze, że aż ludzie się oglądaja? Komu burczy w brzuchu całe noce? - droczyła się z nim.
Pies zdawał się patrzeć na starszą panią, jakby chciał powiedzieć, że nie czuje się dobrze, ale już tak jest...Czasem jęczał przez sen, czasem zrywał się i dobiegał do starszej pani. Tym razem jego oczy mowiły: spacer, potrzebuję natychmiast wyjść!
Starsza Pani chcąc nie chcąc ruszała z psem wokół osiedla. Bumerang zaczynał wtedy nie od obwąchiwania drzew, ale od jedzenia trawy. Każde źdźbło mogło przeczyścić ściśnięty żołądek. Czasem wyrywał się ze smyczy do zbutwiałych liści albo liści jałowca rosnącego nieopodal domu starszej pani. Potem już tylko siadał, prowokując wymioty. Jego pysk wydawał się wtedy starszy, siwe wąsy poruszały się rytmicznie wraz ze skurczami żołądka. Czasem aż pies zamykał oczy...
Znajomy weterynarz badał psa. Ale ani USG, ani ogólne badanie psiej krwi nie wykazywaly nieprawidłowości. Żołądek - w porządku. Jelita - w porządku. Wątroba - w najlepszej kondycji. Jelito grube też w normie. Krew zdrowego psa. Młody, lekko zgarbiony mężczyzna wzruszył ramionami: on tak ma po schronisku. Wtedy zapewne długo nie jadł, a jak jadał, rzucał się na jedzenie. To nawyk. Te psy nie jedzą, dopóki nie przyjdzie do nich ktoś, kto je wyprowadzi na spacer. Potem, z przejedzenia, jelita odmawiają posłuszeństwa a żołądek przypomina balon, który trzeba wyczyścić. Bumerang musi jeść mniejsze porcje, a częściej. A jak nie zechce...niech je, jak chce - lekarz głaskał psa po głowinie.
Bumerang więc co drugi dzień jadł trawę, wymiotował, a potem rzucał się na jedzenie z pasją szczeniaka. I w mgnieniu oka wracal do kondycji wąchacza drzew, kokieteryjnego Casanovy i psa z niespożytą energią.
wtorek, 31 sierpnia 2010
Rasta
Z samochodu wybiegła przestraszona, czarna kulka. A w zasadzie trapez, bo kości tego małego można było policzyć jak paciorki w liczydłach. Czarna sierść zakrywała oczka, a kołtuny nie chciały ulec pod wpływem dotyku. Zresztą, dotykać tego nie można było, bo zaraz chowało się za matkę przyjaciółki, która przywiozła go mojej rodzinie w następstwie Amiego.
Małe kudłate pozostało więc schowane za swoją odchodzącą Panią, spoglądając z ukosa. W końcu nie miało wyboru. Smycz została przejęta i czarny mały kudłacz musiał poddać się woli nowego Państwa.
Podobno zjawił się obok posesji rodziców przyjaciółki w jakiś lutowy dzień. Śnieżyło, wszędzie było biało, że aż samo oko bielało od tego blasku. Na termometrze temperatura pokazywała minus dwadzieścia stopni. Wiatr wiał, huczał, bo na wsi wszystko ma większą moc i czyni większe szkody. Drzewa wyginały się ze stękiem, na podwórku leżał puch po kolana. Dwie suki: niezgrabna i wredna Dzianga i wielgachna, puchata chuliganka Norka leżały pod zadaszonymi budami. Nagle poderwały się jak jeden mąż i zaczęły ujadać. Rzucały się na siatkę, gryząc ją, jakby chciały się wydostać.
Chcąc nie chcąc, Pani Beata wyszła przed dom. Co się dzieje? Znów przytargały zabłąkaną mysz? Nornicę? Wynocha psy! Natychmiast mi tu! - pokazała palcem na werandę domu.
Obie suki jednak ani myślały wrócić. Ujadały, jakby naprawdę czekały na dobry kąsek albo jakby w śniegu leżał intruz. Ale jaki, skoro nikogo przed bramą nie było? Beata wyszła w kapciach na śnieg, skacząc między zaspami i wreszcie to zobaczyła.
Czarny, niewielki pies próbował wstać. Opadł z sił na tyle, że co uskoczył i otrzepał się z puchu, to znów padał weń z piskiem. Jest wycieńczony albo chory - pomyślała wtedy Beata. Odpędziła suki, wyciągnęła rękę do małego kudłacza i zabrała go do domu. Nie był ciężki, pewnie od wielu dni nie jadł i nie był stanie dalej iść przez wieś. Może to jeden z psów Pani Potlakowej, ta przecież nie jest ich w stanie wykarmić. Ma na swojej posesji naprędce sklecone budy, a w nich kilkadziesiąt piszczących i skomlących psów. Nawet kiedy się gryzą, nie wychodzi z domu. Nie rozdziela swojej menażerii, pozwalając na ustalanie hierarchii. Przynajmniej sama tak mówi, kiedy odwiedza Beatę, żeby pożyczyć na jedzenie albo zabrać jakieś resztki dla psów i kilku kotów. Bo ostatnio też się do niej garną te marne przybłędy.
Czarny jadł, aż mu z pyska leciało. Dostał twaróg i kawałki mięsa z obiadu. Potem położył się przy kominku i zasnął. Tylko oczy mu się przewracały, popiskiwał cicho, ale chyba było mu dobrze. Beacie przychodziła tylko jedna myśl? Jaki dom mu teraz znajdę? Suki nie zaakceptują małego. Nigdy. To zabójczynie małych psów. Zazdrosne jak diabli. W domu nie może być, bo są już trzy koty. Wykręca numer córki, żeby szukała domu. Szkoda, żeby czarny trafił do schroniska. Tam przeżyłby ciężko tę zimę.
Kudłacz dostał imię Rasta. Od kołtunów na mordce, które przypominały dredy. Tyle ich było, że pies wyglądał, jakby wyszedł od psiego fryzjera, który pomylił go z pudlem. Czesać tego nie było sensu. Kłaki zostały więc na czerepie psiny, dodawały mu figlarnego uroku.
Pierwszy dzień był walką. Nie chcieliśmy psa. Po odejściu Amiego minęły trzy lata, ale ciągle był w pamięci rodziny. Ojciec chodził po domu i klął: po co nam pies? Matka miała miększe serce i od razu nakarmiła małego mlekiem z chlebem. Nie było przecież nic dla psa. Rasta wydawał się bardziej żywy, niż na wsi u Beaty. Skakał na domowników, chciał wszystkiego dotknąć, wszystko polizać, zobaczyć. Ogon skakał mu w tę, w tamtą stronę. Szybko upodobał sobie kanapę i ani myślał zejść, kiedy ojciec wrzasnął: na dół! A jednak był bardzo posłuszny. Z podkulonymi kołtunkami zszedł, płaszcząc się po podłodze. Musiał być bity. Chwilę później jednak tak skakał, przepraszał, tańcował przy ojcu, że ten go pogłaskał i...też chyba zmiękł. Po tygodniu próby Rasta został w rodzinie.
Małe kudłate pozostało więc schowane za swoją odchodzącą Panią, spoglądając z ukosa. W końcu nie miało wyboru. Smycz została przejęta i czarny mały kudłacz musiał poddać się woli nowego Państwa.
Podobno zjawił się obok posesji rodziców przyjaciółki w jakiś lutowy dzień. Śnieżyło, wszędzie było biało, że aż samo oko bielało od tego blasku. Na termometrze temperatura pokazywała minus dwadzieścia stopni. Wiatr wiał, huczał, bo na wsi wszystko ma większą moc i czyni większe szkody. Drzewa wyginały się ze stękiem, na podwórku leżał puch po kolana. Dwie suki: niezgrabna i wredna Dzianga i wielgachna, puchata chuliganka Norka leżały pod zadaszonymi budami. Nagle poderwały się jak jeden mąż i zaczęły ujadać. Rzucały się na siatkę, gryząc ją, jakby chciały się wydostać.
Chcąc nie chcąc, Pani Beata wyszła przed dom. Co się dzieje? Znów przytargały zabłąkaną mysz? Nornicę? Wynocha psy! Natychmiast mi tu! - pokazała palcem na werandę domu.
Obie suki jednak ani myślały wrócić. Ujadały, jakby naprawdę czekały na dobry kąsek albo jakby w śniegu leżał intruz. Ale jaki, skoro nikogo przed bramą nie było? Beata wyszła w kapciach na śnieg, skacząc między zaspami i wreszcie to zobaczyła.
Czarny, niewielki pies próbował wstać. Opadł z sił na tyle, że co uskoczył i otrzepał się z puchu, to znów padał weń z piskiem. Jest wycieńczony albo chory - pomyślała wtedy Beata. Odpędziła suki, wyciągnęła rękę do małego kudłacza i zabrała go do domu. Nie był ciężki, pewnie od wielu dni nie jadł i nie był stanie dalej iść przez wieś. Może to jeden z psów Pani Potlakowej, ta przecież nie jest ich w stanie wykarmić. Ma na swojej posesji naprędce sklecone budy, a w nich kilkadziesiąt piszczących i skomlących psów. Nawet kiedy się gryzą, nie wychodzi z domu. Nie rozdziela swojej menażerii, pozwalając na ustalanie hierarchii. Przynajmniej sama tak mówi, kiedy odwiedza Beatę, żeby pożyczyć na jedzenie albo zabrać jakieś resztki dla psów i kilku kotów. Bo ostatnio też się do niej garną te marne przybłędy.
Czarny jadł, aż mu z pyska leciało. Dostał twaróg i kawałki mięsa z obiadu. Potem położył się przy kominku i zasnął. Tylko oczy mu się przewracały, popiskiwał cicho, ale chyba było mu dobrze. Beacie przychodziła tylko jedna myśl? Jaki dom mu teraz znajdę? Suki nie zaakceptują małego. Nigdy. To zabójczynie małych psów. Zazdrosne jak diabli. W domu nie może być, bo są już trzy koty. Wykręca numer córki, żeby szukała domu. Szkoda, żeby czarny trafił do schroniska. Tam przeżyłby ciężko tę zimę.
Kudłacz dostał imię Rasta. Od kołtunów na mordce, które przypominały dredy. Tyle ich było, że pies wyglądał, jakby wyszedł od psiego fryzjera, który pomylił go z pudlem. Czesać tego nie było sensu. Kłaki zostały więc na czerepie psiny, dodawały mu figlarnego uroku.
Pierwszy dzień był walką. Nie chcieliśmy psa. Po odejściu Amiego minęły trzy lata, ale ciągle był w pamięci rodziny. Ojciec chodził po domu i klął: po co nam pies? Matka miała miększe serce i od razu nakarmiła małego mlekiem z chlebem. Nie było przecież nic dla psa. Rasta wydawał się bardziej żywy, niż na wsi u Beaty. Skakał na domowników, chciał wszystkiego dotknąć, wszystko polizać, zobaczyć. Ogon skakał mu w tę, w tamtą stronę. Szybko upodobał sobie kanapę i ani myślał zejść, kiedy ojciec wrzasnął: na dół! A jednak był bardzo posłuszny. Z podkulonymi kołtunkami zszedł, płaszcząc się po podłodze. Musiał być bity. Chwilę później jednak tak skakał, przepraszał, tańcował przy ojcu, że ten go pogłaskał i...też chyba zmiękł. Po tygodniu próby Rasta został w rodzinie.
sobota, 6 lutego 2010
Ami
To małe nie wiadomo co wyglądało trwożnie z koszyka, owinięte z płowy koc. Widać, że się bało, a jego ogromne, brązowe oczy wypatrywały zza wikliny mojej matki. Śledziły ją do momentu, kiedy matka nie wyciągnęła z którejś szafek kuchennych zapomnianej i poobijanej metalowej miski, do której nalała mleka. Wtedy wyskoczyło i zobaczyłam małego, zwinnego pieska o czarno-podpalanym umaszczeniu i wielkich uszach. Jak u nietoperza. Maluch był zabiedzony, miał zaropiałe oczy, chude łapy i wystające łopatki. Kiedy próbowałam go dotknąć, uciekł w popłochu. Ale i tak udało mi się stwierdzić, że na jego żebrach można grać jak na cymbałach.
Matka zabrała go z działek, na które jeździła, by pomagać babci. Widywała już biegające po ogródkach bezpańskie psy, ale nie przywiązywała do nich wagi, dopóki jeden z sąsiadów nie pokazał jej suki, która oszczeniła się w jego zagonie ogórkowym. Mama od razu wybrała chude, najbardziej czarne szczenię. I włożyła je, dobijając targu, do swojego kosza na warzywa, gdzie grzecznie przesiedziało do momentu znalezienia się w nowym domu. I kiedy teraz ta mała kulka piła chciwie mleko ze swojej pierwszej miski zastanawialiśmy się, jak ją nazwać. Długouch, Gacek, Netoperek, Czarny? Sprawa na szczęście wyjaśniła się sama, kiedy spostrzegliśmy, jak patrzy na moją mamę. Przywiązanie, jakie przenikało jego spojrzenie było na tyle wyraziste, że tata nadał małemu szczeniakowi imię: Ami. Przyjaciel. I tak już zostało.
Ami dorastał zdrowo i szybko stał się ulubieńcem dzieciaków z podwórka. Kiedy wyglądał z ogródka na piaskownicę albo wylegiwał się w trawie na słońcu, dzieciaki nieustannie go wołały, aby dał się pogłaskać. Cierpliwie znosił tarmoszenie uszu i ciągnięcie za ogon. Przymykał oczy, a dzieciaki biegały wokół niego. Nie był jednak klasycznym, kanapowym pieszczochem. Kiedy dzieci stawały się męczące, po prostu odchodził dalej lub znikał z pola widzenia. Było w nim coś z wilka, który musi pozostać niezależny, do końca nieoswojony, nieokiełznany i nie rozpieszczony. Wyrażało się to w jego chodzie. Ami nigdzie się nie spieszył. Nie biegał zawzięcie za kijem, a przynosił go z niebywałą gracją. Gorzej z odebraniem mu go. Zwykle zaciskał paszczę tak, że nawet oburącz nie byliśmy w stanie odebrać mu zdobyczy. I kończył z nią gdzieś w krzakach lub trawie, obgryzając korę i przegryzając patyk w dobrych kilku miejscach. Podobnie było ze spacerami. Chodził na smyczy powoli, ale mocno ciągnął. Do dziesiątego roku życia nie mogłam z nim wychodzić, bo był dla mnie za silny! Zresztą wychodzenie to była osobna przygoda – zawsze zmieniał ton swojego szczekania na skomlący, proszalny lament. Tak rozczulał, że zwykle potem to on ciągnął na spacer, bo zapominaliśmy się i chcieliśmy go pogłaskać.
Ami dbał o swoją autonomię także w momencie dla niego najważniejszym – podania miski z parującym krupnikiem z ogromnymi kośćmi i kawałami mięsa. Tak urzekł swoimi przemyślnymi oczyma masarza ze sklepu wędliniarskiego, że dawał mojej babci i mnie kawały wołowiny i ochłap wieprzowiny za symboliczne grosze. Bo trzeba powiedzieć, że karmy z puszki nie ruszał, a na suchą przegryzkę długo patrzył podejrzliwie, póki nie nauczyliśmy go, że to nagroda po spacerze. Wtedy z lubością chrupał zawartość miski. Oczywiście nie pozwalając się do siebie zbliżyć, powarkując z cicha. Jakby chciał powiedzieć: nie podchodź, jestem zajęty. To moja miska! Ale co jak co, zawsze był jednak gotów poszczekać mocnym głosem na intruza. Nie raz uratował rowery, leżące swobodnie w ogrodzie, a przywiązane jedynie słabą linką do ławki. Wiedzieliśmy, że możemy liczyć na jego czujność, kiedy tylko coś się wydarzy.
Próba nastąpiła szybko. Ami, mając niespełna rok, doświadczył czegoś, co dziś nazwałabym manifestacją ogromnej mądrości. Bo pies to nie tylko zabawka, maskotka dotrzymująca towarzystwa. To nie tylko obrońca, strzegący mienia i dostający w zamian swoją porcję mięsa. To towarzysz ludzkiej drogi, przyjaciel i członek rodziny równy wszystkim innym. Ami pewnego dnia to pokazał szczególnie wyraźnie. Kiedy mój młodszy brat kłócił się z kolegą, który wyjątkowo nie lubił psów i często przedrzeźniał skomlenie i szczekanie osiedlowych czworonogów, stanął przy ogrodzeniu wyraźnie pobudzony. Nastawił swoje ogromne uszy i obserwował każdy ruch kolegi brata. Ten zaczął naśladować ujadanie, aby zdenerwować Amiego. Pies wyszczerzył kły. Brat dał już sobie spokój z kłótnią i zaczął się wycofywać do domu. Chciał też sprowadzić tam Amiego. Wołał, ale pies nie przychodził. Dalej szczerzył zęby do kolegi, wyglądał wyjątkowo groźnie ze swoimi białymi kłami. Przypominał wtedy tak bardzo swojego przodka wilka! Obniżył zad, wyprężył przednie łapy, położył uszy po sobie. Był gotów do ataku. Brat nie zdążył dobiec do psa, kiedy ten prześliznął się przez niewielki wyłom w siatce ogrodzenia i w mgnieniu oka złapał chłopaka za łydkę. Po czym, jak gdyby nigdy nic, poszedł wzdłuż ogrodzenia chodnikiem. Kolega był przerażony. Wygrażał, że pójdzie na policję, że mieszkamy z niebezpiecznym zwierzęciem, że go zastrzelą, bo pewnie ma wściekliznę, ale na wizycie u lekarza i stwierdzeniu, że poza śladem zębów na łydce nie ma żadnego zagrożenia, sprawa się zamknęła. Kolega brata nigdy więcej nie drażnił zwierząt, a naszego psa unikał jak ognia. A Ami? Spokojnie przebiegł podwórze i kiedy zaniepokojeni przebiegiem zdarzenia wyskoczyliśmy z klatki schodowej, on już pod nią czekał. Ucieszony, że nas zobaczył wbiegł ze swoją psią godnością do przedpokoju i zaraz potem zapadł w drzemkę na ogródku. Jak gdyby nigdy nic.
Matka zabrała go z działek, na które jeździła, by pomagać babci. Widywała już biegające po ogródkach bezpańskie psy, ale nie przywiązywała do nich wagi, dopóki jeden z sąsiadów nie pokazał jej suki, która oszczeniła się w jego zagonie ogórkowym. Mama od razu wybrała chude, najbardziej czarne szczenię. I włożyła je, dobijając targu, do swojego kosza na warzywa, gdzie grzecznie przesiedziało do momentu znalezienia się w nowym domu. I kiedy teraz ta mała kulka piła chciwie mleko ze swojej pierwszej miski zastanawialiśmy się, jak ją nazwać. Długouch, Gacek, Netoperek, Czarny? Sprawa na szczęście wyjaśniła się sama, kiedy spostrzegliśmy, jak patrzy na moją mamę. Przywiązanie, jakie przenikało jego spojrzenie było na tyle wyraziste, że tata nadał małemu szczeniakowi imię: Ami. Przyjaciel. I tak już zostało.
Ami dorastał zdrowo i szybko stał się ulubieńcem dzieciaków z podwórka. Kiedy wyglądał z ogródka na piaskownicę albo wylegiwał się w trawie na słońcu, dzieciaki nieustannie go wołały, aby dał się pogłaskać. Cierpliwie znosił tarmoszenie uszu i ciągnięcie za ogon. Przymykał oczy, a dzieciaki biegały wokół niego. Nie był jednak klasycznym, kanapowym pieszczochem. Kiedy dzieci stawały się męczące, po prostu odchodził dalej lub znikał z pola widzenia. Było w nim coś z wilka, który musi pozostać niezależny, do końca nieoswojony, nieokiełznany i nie rozpieszczony. Wyrażało się to w jego chodzie. Ami nigdzie się nie spieszył. Nie biegał zawzięcie za kijem, a przynosił go z niebywałą gracją. Gorzej z odebraniem mu go. Zwykle zaciskał paszczę tak, że nawet oburącz nie byliśmy w stanie odebrać mu zdobyczy. I kończył z nią gdzieś w krzakach lub trawie, obgryzając korę i przegryzając patyk w dobrych kilku miejscach. Podobnie było ze spacerami. Chodził na smyczy powoli, ale mocno ciągnął. Do dziesiątego roku życia nie mogłam z nim wychodzić, bo był dla mnie za silny! Zresztą wychodzenie to była osobna przygoda – zawsze zmieniał ton swojego szczekania na skomlący, proszalny lament. Tak rozczulał, że zwykle potem to on ciągnął na spacer, bo zapominaliśmy się i chcieliśmy go pogłaskać.
Ami dbał o swoją autonomię także w momencie dla niego najważniejszym – podania miski z parującym krupnikiem z ogromnymi kośćmi i kawałami mięsa. Tak urzekł swoimi przemyślnymi oczyma masarza ze sklepu wędliniarskiego, że dawał mojej babci i mnie kawały wołowiny i ochłap wieprzowiny za symboliczne grosze. Bo trzeba powiedzieć, że karmy z puszki nie ruszał, a na suchą przegryzkę długo patrzył podejrzliwie, póki nie nauczyliśmy go, że to nagroda po spacerze. Wtedy z lubością chrupał zawartość miski. Oczywiście nie pozwalając się do siebie zbliżyć, powarkując z cicha. Jakby chciał powiedzieć: nie podchodź, jestem zajęty. To moja miska! Ale co jak co, zawsze był jednak gotów poszczekać mocnym głosem na intruza. Nie raz uratował rowery, leżące swobodnie w ogrodzie, a przywiązane jedynie słabą linką do ławki. Wiedzieliśmy, że możemy liczyć na jego czujność, kiedy tylko coś się wydarzy.
Próba nastąpiła szybko. Ami, mając niespełna rok, doświadczył czegoś, co dziś nazwałabym manifestacją ogromnej mądrości. Bo pies to nie tylko zabawka, maskotka dotrzymująca towarzystwa. To nie tylko obrońca, strzegący mienia i dostający w zamian swoją porcję mięsa. To towarzysz ludzkiej drogi, przyjaciel i członek rodziny równy wszystkim innym. Ami pewnego dnia to pokazał szczególnie wyraźnie. Kiedy mój młodszy brat kłócił się z kolegą, który wyjątkowo nie lubił psów i często przedrzeźniał skomlenie i szczekanie osiedlowych czworonogów, stanął przy ogrodzeniu wyraźnie pobudzony. Nastawił swoje ogromne uszy i obserwował każdy ruch kolegi brata. Ten zaczął naśladować ujadanie, aby zdenerwować Amiego. Pies wyszczerzył kły. Brat dał już sobie spokój z kłótnią i zaczął się wycofywać do domu. Chciał też sprowadzić tam Amiego. Wołał, ale pies nie przychodził. Dalej szczerzył zęby do kolegi, wyglądał wyjątkowo groźnie ze swoimi białymi kłami. Przypominał wtedy tak bardzo swojego przodka wilka! Obniżył zad, wyprężył przednie łapy, położył uszy po sobie. Był gotów do ataku. Brat nie zdążył dobiec do psa, kiedy ten prześliznął się przez niewielki wyłom w siatce ogrodzenia i w mgnieniu oka złapał chłopaka za łydkę. Po czym, jak gdyby nigdy nic, poszedł wzdłuż ogrodzenia chodnikiem. Kolega był przerażony. Wygrażał, że pójdzie na policję, że mieszkamy z niebezpiecznym zwierzęciem, że go zastrzelą, bo pewnie ma wściekliznę, ale na wizycie u lekarza i stwierdzeniu, że poza śladem zębów na łydce nie ma żadnego zagrożenia, sprawa się zamknęła. Kolega brata nigdy więcej nie drażnił zwierząt, a naszego psa unikał jak ognia. A Ami? Spokojnie przebiegł podwórze i kiedy zaniepokojeni przebiegiem zdarzenia wyskoczyliśmy z klatki schodowej, on już pod nią czekał. Ucieszony, że nas zobaczył wbiegł ze swoją psią godnością do przedpokoju i zaraz potem zapadł w drzemkę na ogródku. Jak gdyby nigdy nic.
Subskrybuj:
Posty (Atom)