Bardzo lubil starszego Pana mieszkajacego na lewo od swojego mieszkania. Zreszta sympatia plynela oczywiscie i z drugiej strony. Kiedy Pan Ryszard wychodzil po zakupy albo z nich wracal, zawsze glaskal Bumeranga, zwracal sie do niego pieszczotliwie, czasem dawal smakolyki. A w chwilach slabosci Starszej Pani potrafil nawet zaofiarowac Bumerangowi spacer. Pies wiec zaakceptowal przyjaznego sasiada i nieraz probowal wejsc do jego mieszkania. Raz zreszta polozyl sie od razu po wejsciu do korytarza i ani myslal wyjsc! W lecie i wczesna jesienia ich kontakty i spotkania na schodach byly czeste. W zasadzie widywali sie kazdego tygodnia i przystawali na "pogawedke".
Zima ograniczyla kontakty Bumeranga z sasiadem. Widywali sie rzadziej, a sasiad opuszczal mieszkanie, kiedy musial zrobic zakupy. Czasem wrecz prosil Starsza Pania, aby mu cos z miasta przyniosla. Wydawal sie zmeczony, bardziej zgarbiony i poruszal sie powoli, szukajac raczej stopni schodow, niz pewnie po nich stapajac. Bumerang lizal dlonie Pana Ryszarda, ale do jego mieszkania juz nie chcial wejsc.
Poczatek grudnia w zasadzie nie roznil sie niczym od poczatku listopada. Zawieruchy, slota, deszcze nie ustawaly. Bywaly chwile przejasnien, ale aura nie pozostawiala watpliwosci - ta zima nie bedzie biala. Starsza Pani zauwazyla jednak zmiane zachowania Bumeranga. Na pietrze, na ktorym mieszkali, pies tryskal energia. Skakal, zbiegal w pospiechu na dol, pociagajac za soba wiotka przeciez Starsza Pania. Na parterze bloku zwykle mu sie za to obrywalo. Starsza Pani upominala:
- Przeciez wiesz, ze babka nie ma juz dwudziestu lat. Dlaczego tak pedzisz?
Bumerang powtarzal swoje zachowanie przez okolo tydzien. Starsza Pani skarzyla sie na niego, ale zaden z zaprzyjaznionych wlascicieli psow spacerujacych w okolicy nie mial na to ani recepty, ani odpowiedzi. Ot, pies przyzwyczail sie do szybkiego tempa schodzenia po schodach. Moze to podekscytowanie spacerem? Wiele, nawet starszych psow tak sie zachowuje. Wiec Bumerang jest jednym z takich wesolych zgrywusow. Starsza Pani jednak nie dowierzala. Tak nagla zmiana? Pies ryzykowal upadkiem, bo schody byly skonstruowane w ksztalcie spirali. Zwykle byl uwazny, a teraz przez to swoje zbieganie potykal sie na polpietrach.
Ktoregos dnia Bumerang, zbieglszy na parter, zaczal przeciagle wyc. Starsza Pani probowala psa uspokoic, nadaremno. Bumerang usiadl na zadzie i plakal. Pomarszczone dlonie Starszej Pani na swojej glowie ignorowal i po minucie koncertu wracal do przerwanej czynnosci. Zagadka? Mysli kolataly w glowie Starszej Pani. - Moze mu przejdzie. Jeszcze ludzie pomysla, ze jest nieszczesliwy - zwierzala sie znajomej od Yorka, z ktorym Bumerang zwykl sie bawic.
Tajemnica rozwiazala sie przed swietami. Bumerang zawyl jeszcze dwa razy, po czym przestal i zmienil swoje zachowanie. Ktoregos przedswiatecznego dnia Starsza Pani, tym razem ona w pospiechu przed przygotowaniami, zabrala psa i schodzac, natknela sie na sanitariuszy. Dwoch roslych mezczyzn wchodzilo do mieszkania Pana Ryszarda. Starsza Pani przystanela, ale Bumerang pociagnal smycz i zeszli. Po kilku dniach na drzwiach klatki schodowej Starsza Pani przeczytala o smierci Pana Ryszarda.
[*]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaciel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaciel. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 31 grudnia 2015
niedziela, 30 sierpnia 2015
Bumerang i babie lato
Upaly mialy sie ku schylkowi. Jednak przesuszona, wyjalowiona ziemia nie byla widokiem przyjemnym dla oczu, a dla lap zapewne bylo to szorstkie doznanie. Trawy przypominaly wypalone wiechcie, zazwyczaj zielony mech wyschl tak, ze wygladal jak wiory po obcinaniu polaci drewna pila tarczowa. Zazwyczaj aktywne i wytrzymale chwasty karlaly, a ich lodygi zwalaly sie na martwa ziemie. Tylko niezmordowane pajaki snuly swoje sieci miedzy drzewami, coraz bardziej ogoloconymi z lisci. Jesien pukala do drzwi.
W domu Starszej Pani nastapilo ozywienie. Malo aktywny w czasie suszy Bumerang domagal sie spaceru juz od wpol do siodmej. Zaprzyjazniona "ciocia" Bumeranga, wyprowadzajaca psa w czasie rekonwalescencji Starszej Pani nie mogla sie nadziwic jego niesubordynacji. Pies zbiegal po schodach w pospiechu, czekal, az kobieta uchyli drzwi i wybiegal, nie zwracajac uwagi na dlugosc smyczy, prosto na wiechcie trawy w poszukiwaniu zapachow.
- Jak to sezon cieczek? - niedowierzala Starsza Pani, kiedy zdyszany Bumerang usadawial sie w przedpokoju do czyszczenia lap. Staruszka brala zazwyczaj kawal szmaty nasaczonej woda i delikatnie muskala psie lapy, aby pozbyc sie kurzu albo piachu - jak Ty sie zachowujesz? - grozila palcem z usmiechem.
Bumerang jednak nie zmienil zachowania podczas popoludniowego spaceru po parku, skakal zywo na kupy lisci walajacych sie przy drodze, interesowala go kazda kepka trawy nasaczonej eliksirem. Bywaly momenty, kiedy pies dostawal amoku. Mial nozdrza wypelnione zapachem, ale w oszolomieniu unosil leb do gory, niejako szukajac proweniencji tego fantastycznego narkotyku. Starsza Pani nie probowala odciagnac ciezkiego lba. - Niech niucha - jest taki silny, a ja nie moge ryzykowac upadku - mowila zaprzyjaznionym.
Pies wiec, caly umorusany w piachu, pyle, ze zdzblami trawy w siersci, pod koniec spaceru spowalnial kroku i wcale nie chcial isc do domu. Przystawal przy trawach, gdzieniegdzie niuchajac i spogladal na Starsza Pania. Staruszka na prozno probowala przemowic mu do rozumu. Glaskala, ciagnela delikatnie w strone domu. Pies ani drgnal. Trwal tak kilka minut, po czym, na nowo upojony zapachem, pozwalal sie prowadzic do dobrze znanych rewirow, naturalnie w swoim powolnym tempie. Bo kto chce wracac ze spaceru do domu?
W domu Starszej Pani nastapilo ozywienie. Malo aktywny w czasie suszy Bumerang domagal sie spaceru juz od wpol do siodmej. Zaprzyjazniona "ciocia" Bumeranga, wyprowadzajaca psa w czasie rekonwalescencji Starszej Pani nie mogla sie nadziwic jego niesubordynacji. Pies zbiegal po schodach w pospiechu, czekal, az kobieta uchyli drzwi i wybiegal, nie zwracajac uwagi na dlugosc smyczy, prosto na wiechcie trawy w poszukiwaniu zapachow.
- Jak to sezon cieczek? - niedowierzala Starsza Pani, kiedy zdyszany Bumerang usadawial sie w przedpokoju do czyszczenia lap. Staruszka brala zazwyczaj kawal szmaty nasaczonej woda i delikatnie muskala psie lapy, aby pozbyc sie kurzu albo piachu - jak Ty sie zachowujesz? - grozila palcem z usmiechem.
Bumerang jednak nie zmienil zachowania podczas popoludniowego spaceru po parku, skakal zywo na kupy lisci walajacych sie przy drodze, interesowala go kazda kepka trawy nasaczonej eliksirem. Bywaly momenty, kiedy pies dostawal amoku. Mial nozdrza wypelnione zapachem, ale w oszolomieniu unosil leb do gory, niejako szukajac proweniencji tego fantastycznego narkotyku. Starsza Pani nie probowala odciagnac ciezkiego lba. - Niech niucha - jest taki silny, a ja nie moge ryzykowac upadku - mowila zaprzyjaznionym.
Pies wiec, caly umorusany w piachu, pyle, ze zdzblami trawy w siersci, pod koniec spaceru spowalnial kroku i wcale nie chcial isc do domu. Przystawal przy trawach, gdzieniegdzie niuchajac i spogladal na Starsza Pania. Staruszka na prozno probowala przemowic mu do rozumu. Glaskala, ciagnela delikatnie w strone domu. Pies ani drgnal. Trwal tak kilka minut, po czym, na nowo upojony zapachem, pozwalal sie prowadzic do dobrze znanych rewirow, naturalnie w swoim powolnym tempie. Bo kto chce wracac ze spaceru do domu?
środa, 5 sierpnia 2015
Bumerang i troska Starszej Pani
Starsza Pani nie dowierzala. Termometr wskazywal 35 stopni. Wyszla na balkon, aby sprawdzic kierunek wiatru.
- Bumek, musimy przeczekac. - dotknela metalowej krawedzi balkonu i natychmiast wycofala reke z niemalym zdziwieniem.
Wrocila do swojej przerwanej krzyzowki, ale Bumerang nie dawal jej spokoju. Mial swoja pore wyjscia na spacer i nic nie moglo mu jej zaburzyc. Ten pies byl po prostu wyposazony w wewnetrzna busole, ktora bezblednie prowadzila go w meandrach czasu i przestrzeni. Podal Starszej Pani lape. Starsza Pani rzucila zdawkowe:
- Za goraco, i pochylona nad krzyzowka, z niedolaczna lupa w dloni, wpisywala kolejne brakujace litery do podanych hasel.
Bumerang sie niecierpliwil. Podawal druga lape. Starsza Pani uparla sie nie zauwazac psiej obecnosci. Powtarzala wciaz, ze jest goraco i tyle.
Pies zaczal wiec biegac w te i z powrotem i szczekac. To poderwalo Starsza Pania na dobre. Przygotowala wiec kubelek z woda, zalozyla obroze i smycz i ostroznie zeszli z Bumerangiem na zewnatrz.
Kiedy przechodzi sie przez podworka waskimi chodnikami, nie odczuwa sie skwaru odkrytych przestrzeni. Trotuary otoczone sa wierzbami i miniaturowymi sosnami, a przesmyk miedzy jednym, a drugim blokiem jest niewielki i przebiega w zasadzie przez ok. kilometr w cieniu. Ale zeby dostac sie do parku - ulubionego miejsca popoludniowego spaceru Bumeranga, trzeba przemierzyc 500 m chodnika w pelnym sloncu. Bumerang wiec z poczatku ciagnal klusem przez rozpalone plyty, ale kazdy dotyk poduszek o kamienie byl jak spacer po rozgrzanej brytfannie.
- A nie mowilam? Chodz piesku, musimy sie ukryc - Starsza Pani znalazla na trasie duzy krzew w trawie. Bumerang skakal z lapy na lape, skomlac z cicha. Starsza Pani polewala lapy woda i zraszala srebrzysty pysk zwierzecia. I tak co kilka metrow zatrzymywali sie w trawie, zeby w koncu dotrzec do przejscia dla pieszych.
Zapach mieknacego asfaltu byl nie do zniesienia. Pies puscil sie przodem, byle tylko dotrzec do traw. Starsza Pani, niemal biegnac, wylewala nieopatrznie wode z kubelka. W trawach byli bezpieczni - kilka susow i Bumerang szusowal po zagajniku i zapomnial o udrece. Starsza Pani patrzyla na psisko z luboscia, deliberujac:
- A moze trzeba Ci kupic buciki, zeby juz Cie nie pieklo? Tylko Ty nie lubisz niczego, co jest Ci narzucone. Jakzes prostestowal i plakal, jak zakladalysmy Ci szelki. I zakup na marne. Taki z Ciebie wolnosciowy pies.
Bumeranga juz nie bylo. Caly stal sie swoim instynktem i ciagnal w strone niewielkiej, legowej doliny, gdzie zwykle po deszczach pozostawalo bloto. Alez lubil w nim odpoczywac! Teraz tez nie przepuscil okazji, zeby sie w nim zanurzyc. Ku udrece Starszej Pani i jej dywanow.
- Bumek, musimy przeczekac. - dotknela metalowej krawedzi balkonu i natychmiast wycofala reke z niemalym zdziwieniem.
Wrocila do swojej przerwanej krzyzowki, ale Bumerang nie dawal jej spokoju. Mial swoja pore wyjscia na spacer i nic nie moglo mu jej zaburzyc. Ten pies byl po prostu wyposazony w wewnetrzna busole, ktora bezblednie prowadzila go w meandrach czasu i przestrzeni. Podal Starszej Pani lape. Starsza Pani rzucila zdawkowe:
- Za goraco, i pochylona nad krzyzowka, z niedolaczna lupa w dloni, wpisywala kolejne brakujace litery do podanych hasel.
Bumerang sie niecierpliwil. Podawal druga lape. Starsza Pani uparla sie nie zauwazac psiej obecnosci. Powtarzala wciaz, ze jest goraco i tyle.
Pies zaczal wiec biegac w te i z powrotem i szczekac. To poderwalo Starsza Pania na dobre. Przygotowala wiec kubelek z woda, zalozyla obroze i smycz i ostroznie zeszli z Bumerangiem na zewnatrz.
Kiedy przechodzi sie przez podworka waskimi chodnikami, nie odczuwa sie skwaru odkrytych przestrzeni. Trotuary otoczone sa wierzbami i miniaturowymi sosnami, a przesmyk miedzy jednym, a drugim blokiem jest niewielki i przebiega w zasadzie przez ok. kilometr w cieniu. Ale zeby dostac sie do parku - ulubionego miejsca popoludniowego spaceru Bumeranga, trzeba przemierzyc 500 m chodnika w pelnym sloncu. Bumerang wiec z poczatku ciagnal klusem przez rozpalone plyty, ale kazdy dotyk poduszek o kamienie byl jak spacer po rozgrzanej brytfannie.
- A nie mowilam? Chodz piesku, musimy sie ukryc - Starsza Pani znalazla na trasie duzy krzew w trawie. Bumerang skakal z lapy na lape, skomlac z cicha. Starsza Pani polewala lapy woda i zraszala srebrzysty pysk zwierzecia. I tak co kilka metrow zatrzymywali sie w trawie, zeby w koncu dotrzec do przejscia dla pieszych.
Zapach mieknacego asfaltu byl nie do zniesienia. Pies puscil sie przodem, byle tylko dotrzec do traw. Starsza Pani, niemal biegnac, wylewala nieopatrznie wode z kubelka. W trawach byli bezpieczni - kilka susow i Bumerang szusowal po zagajniku i zapomnial o udrece. Starsza Pani patrzyla na psisko z luboscia, deliberujac:
- A moze trzeba Ci kupic buciki, zeby juz Cie nie pieklo? Tylko Ty nie lubisz niczego, co jest Ci narzucone. Jakzes prostestowal i plakal, jak zakladalysmy Ci szelki. I zakup na marne. Taki z Ciebie wolnosciowy pies.
Bumeranga juz nie bylo. Caly stal sie swoim instynktem i ciagnal w strone niewielkiej, legowej doliny, gdzie zwykle po deszczach pozostawalo bloto. Alez lubil w nim odpoczywac! Teraz tez nie przepuscil okazji, zeby sie w nim zanurzyc. Ku udrece Starszej Pani i jej dywanow.
sobota, 4 lipca 2015
Bumerang i szczescie powszednie
Starsza Pani powoli dochodzila do siebie. Z trudem wstawala, skarzac sie na sztywniejace stawy skokowe i kolanowe, ale leki robily swoje. Postanowila wiec wyprowadzac psa na spacer popoludniowy, to jest po obiedzie. Mowila wtedy:
- Wybacz, piesiu, ze tak czekasz. Babka wyprowadzi Cie na dlugi spacer. Musisz sie wybiegac.
Pies podawal Starszej Pani lape, aby mogla zalozyc obroze i smycz. Tak komunikowal sie z ludzmi kiedy wiedzial, ze czeka go cos dobrego. Albo kiedy zbroil i chcial przeprosic. Mlodsza Pani widziala w tym nawyk schroniskowy. Pies bywa tam czasem maskotka, ktora uczy sie prostych zachowan. Bumerang jednak przyswoil sobie podawanie lapy do wszystkich zachowan, ktore mialy tez sugerowac prosbe. Bo kiedy zostal jeden, jedyny raz zostawiony przed sklepem i przywiazany do slupa (Mlodsza Pani zajrzala tam, aby kupic kawe i obiecala psu, ze bedzie za kilka minut), podawal lape w gescie: "nie zostawiaj mnie, prosze".
Stopy Starszej Pani nie chcialy jeszcze poruszac sie z dawna lekkoscia. Ale Bumerang, zwlaszcza po swojej ucieczce, widocznie skruszal i nie ciagnal juz tak gwaltownie w kierunkach sobie tylko znanych. Byl nad wyraz spokojny, prowadzal sie dostojnie i zatrzymywal wtedy, kiedy smycz byla napieta. Teraz co prawda linka miala regulowana dlugosc (poprzednia smycz zostala z psa zdjeta w niewyjasnionych okolicznosciach, przepadla tez obroza), i dawala Bumerangowi kilkumetrowe pole manewru, ale i ona miala swoje granice. Pies zatem nie brykal w poszukiwaniu zapachow, szedl raczej powoli, ogladajac sie na Starsza Pania, czy ona za nim nadaza i gdzie jest. Wydawal sie pogodzony ze swoim stanem starzejacego sie psa i wrocil do swoich dawnych zwyczajow. Starszej Pani tez to odpowiadalo, bo miala na przyklad ochote usiasc na lawce, polozonej na uboczu zolnierskiego cmentarza. I Bumerang po kilku spacerach sam ja do niej prowadzil. A kiedy sie tam znajdowali, dostawal pic i przed niemaly kwadrans wylegiwal sie na trawie, smakujac polnych trawek i ziol. Pozwalal sie tez wyczesywac i spogladal leniwie na odlatujacy puch, unoszacy sie nad cmentarzem jak spadochrony dmuchawca.
Wrocila monotonia tych dni, ktore wraz z nadchodzacym latem rozleniwialy psa i Starsza Pania. Tak mialo byc, powtarzala staruszka, wyczesujac niesforne kleby siersci Bumeranga. - Teraz, kiedy jestes znow z nami, nie w glowie Ci przygoda. Ale uspokoiles sie i chyba Ci dobrze z nami, co? pytala.
Bumerang przymykal oczy.
- Wybacz, piesiu, ze tak czekasz. Babka wyprowadzi Cie na dlugi spacer. Musisz sie wybiegac.
Pies podawal Starszej Pani lape, aby mogla zalozyc obroze i smycz. Tak komunikowal sie z ludzmi kiedy wiedzial, ze czeka go cos dobrego. Albo kiedy zbroil i chcial przeprosic. Mlodsza Pani widziala w tym nawyk schroniskowy. Pies bywa tam czasem maskotka, ktora uczy sie prostych zachowan. Bumerang jednak przyswoil sobie podawanie lapy do wszystkich zachowan, ktore mialy tez sugerowac prosbe. Bo kiedy zostal jeden, jedyny raz zostawiony przed sklepem i przywiazany do slupa (Mlodsza Pani zajrzala tam, aby kupic kawe i obiecala psu, ze bedzie za kilka minut), podawal lape w gescie: "nie zostawiaj mnie, prosze".
Stopy Starszej Pani nie chcialy jeszcze poruszac sie z dawna lekkoscia. Ale Bumerang, zwlaszcza po swojej ucieczce, widocznie skruszal i nie ciagnal juz tak gwaltownie w kierunkach sobie tylko znanych. Byl nad wyraz spokojny, prowadzal sie dostojnie i zatrzymywal wtedy, kiedy smycz byla napieta. Teraz co prawda linka miala regulowana dlugosc (poprzednia smycz zostala z psa zdjeta w niewyjasnionych okolicznosciach, przepadla tez obroza), i dawala Bumerangowi kilkumetrowe pole manewru, ale i ona miala swoje granice. Pies zatem nie brykal w poszukiwaniu zapachow, szedl raczej powoli, ogladajac sie na Starsza Pania, czy ona za nim nadaza i gdzie jest. Wydawal sie pogodzony ze swoim stanem starzejacego sie psa i wrocil do swoich dawnych zwyczajow. Starszej Pani tez to odpowiadalo, bo miala na przyklad ochote usiasc na lawce, polozonej na uboczu zolnierskiego cmentarza. I Bumerang po kilku spacerach sam ja do niej prowadzil. A kiedy sie tam znajdowali, dostawal pic i przed niemaly kwadrans wylegiwal sie na trawie, smakujac polnych trawek i ziol. Pozwalal sie tez wyczesywac i spogladal leniwie na odlatujacy puch, unoszacy sie nad cmentarzem jak spadochrony dmuchawca.
Wrocila monotonia tych dni, ktore wraz z nadchodzacym latem rozleniwialy psa i Starsza Pania. Tak mialo byc, powtarzala staruszka, wyczesujac niesforne kleby siersci Bumeranga. - Teraz, kiedy jestes znow z nami, nie w glowie Ci przygoda. Ale uspokoiles sie i chyba Ci dobrze z nami, co? pytala.
Bumerang przymykal oczy.
Etykiety:
Bumerang,
Historia psia,
historie psie,
krotka forma,
opowiesci,
Pies,
przyjaciel,
przywiązanie,
psie historie,
psie opowieści,
zycie psa
sobota, 30 maja 2015
Bumerang i ucieczka
Sobotnie popoludnie nalezalo do typowych jak na te pore roku. Bylo ani zimno, ani goraco. Tylko wiatr byl dokuczliwy: unosil zapodziane torebki foliowe, ukladal fryzury przechodniom i ograniczal widocznosc. Niebo bylo zachmurzone, ale niebieskie. Nie spadla ani jedna kropla, choc Starsza Pani wygladala przez okno balkonu, spodziewajac sie deszczu.
- No i jak? Bierzemy parasol? - zapytala Bumeranga.
Pies podawal jej lape na znak, ze chce isc na spacer. Biegal wokol drzwi i wracal do Starszej Pani, ktora, jak to miala w zwyczaju, niespiesznie przygotowywala sie do wyjscia: nalewala wody do kubelka po twarogu, ktory teraz sluzyl Bumerangowi do picia, ubierala plowy kardigan i nylonowa chustke, wsuwala z uwaga pantofle i na koniec wprawnie nakladala obroze ze smycza na pysk zwierzecia.
Przeszli kilka kilometrow. Najpierw Starsza Pani zabierala Bumka na spacer wokol przestronnego parku, ktory powstal jako dowod przyjazni polsko-radzieckiej. Jedna czesc - dzika - byla rajem dla wszystkich czworonogow i ich wlascicieli. Skladala sie z kilka zagajnikow przedzielonych alejami i glownej arterii wylanej asfaltem. Prowadzila wprost na jeszcze wieksze i bardziej malownicze Pola Mokotowskie. Druga czesc - ta oficjalna - przypominala otwarty obiekt wojskowy. Postawiono mauzoleum upamietniajace zolnierzy Armii Czerwonej, po obu stronach wydzielono alejki, prowadzace do zapuszczonego polnego cmentarza. Gdzieniegdzie ktos kladl sztuczne bukiety i kolorowe wience. Cmentarza strzegl we dnie i w nocy policyjny radiowoz. Psom na teren drugiej czesc parku wzbroniono przychodzic.
Bumerang uwielbial myszkowac w trawach i znikac w zagajniku smuklych, rachitycznych jodel. Potem szli ze swoja Pania piaszczystymi alejkami, gdzie witaly ich znajome psy, pozdrawiali biegnacych i mamy z dziecmi. Bumerang mial w zwyczaju zagladac do wozkow i stykac swoj nos z nosem malych dzieci. Zadna ze stron nie protestowala.
Po obejsciu parku Starsza Pani zazwyczaj wracala ta sama sciezka do domu. Sciezka, porosnieta topolami i mikro-debami, konczyla sie na ruchliwej ulicy, ktora samochody i komunikacja miejska jechaly z lotniska. Tam zwykle Bumerang przystawal i przygladal sie odjezdzajacym autobusom. Tego popoludnia jednak zapomnial o rutynie.
Stanal jak wryty na przejsciu dla pieszych i pociagnal Starsza Pania na lewo - w strone alejki pewnego zamknietego osiedla. Ten pas zieleni pokryty krzakami rozy sluzyl Bumerangowi do szybkiego marszu ze swoja mlodsza Pania. Zapewne Bumerang pamietal te ekskapady i, szarpiac mocno smycza, wymknal sie swojej leciwej opiekunce. Smycz powedrowala razem z psem w strone budek ochrony osiedla. Starsza Pani nie mogla nadazyc za znikajacym Bumerangiem. Wolala, machala na przechodniow - na prozno. Bumerang przepadl miedzy blokami.
- No i jak? Bierzemy parasol? - zapytala Bumeranga.
Pies podawal jej lape na znak, ze chce isc na spacer. Biegal wokol drzwi i wracal do Starszej Pani, ktora, jak to miala w zwyczaju, niespiesznie przygotowywala sie do wyjscia: nalewala wody do kubelka po twarogu, ktory teraz sluzyl Bumerangowi do picia, ubierala plowy kardigan i nylonowa chustke, wsuwala z uwaga pantofle i na koniec wprawnie nakladala obroze ze smycza na pysk zwierzecia.
Przeszli kilka kilometrow. Najpierw Starsza Pani zabierala Bumka na spacer wokol przestronnego parku, ktory powstal jako dowod przyjazni polsko-radzieckiej. Jedna czesc - dzika - byla rajem dla wszystkich czworonogow i ich wlascicieli. Skladala sie z kilka zagajnikow przedzielonych alejami i glownej arterii wylanej asfaltem. Prowadzila wprost na jeszcze wieksze i bardziej malownicze Pola Mokotowskie. Druga czesc - ta oficjalna - przypominala otwarty obiekt wojskowy. Postawiono mauzoleum upamietniajace zolnierzy Armii Czerwonej, po obu stronach wydzielono alejki, prowadzace do zapuszczonego polnego cmentarza. Gdzieniegdzie ktos kladl sztuczne bukiety i kolorowe wience. Cmentarza strzegl we dnie i w nocy policyjny radiowoz. Psom na teren drugiej czesc parku wzbroniono przychodzic.
Bumerang uwielbial myszkowac w trawach i znikac w zagajniku smuklych, rachitycznych jodel. Potem szli ze swoja Pania piaszczystymi alejkami, gdzie witaly ich znajome psy, pozdrawiali biegnacych i mamy z dziecmi. Bumerang mial w zwyczaju zagladac do wozkow i stykac swoj nos z nosem malych dzieci. Zadna ze stron nie protestowala.
Po obejsciu parku Starsza Pani zazwyczaj wracala ta sama sciezka do domu. Sciezka, porosnieta topolami i mikro-debami, konczyla sie na ruchliwej ulicy, ktora samochody i komunikacja miejska jechaly z lotniska. Tam zwykle Bumerang przystawal i przygladal sie odjezdzajacym autobusom. Tego popoludnia jednak zapomnial o rutynie.
Stanal jak wryty na przejsciu dla pieszych i pociagnal Starsza Pania na lewo - w strone alejki pewnego zamknietego osiedla. Ten pas zieleni pokryty krzakami rozy sluzyl Bumerangowi do szybkiego marszu ze swoja mlodsza Pania. Zapewne Bumerang pamietal te ekskapady i, szarpiac mocno smycza, wymknal sie swojej leciwej opiekunce. Smycz powedrowala razem z psem w strone budek ochrony osiedla. Starsza Pani nie mogla nadazyc za znikajacym Bumerangiem. Wolala, machala na przechodniow - na prozno. Bumerang przepadl miedzy blokami.
sobota, 6 lutego 2010
Ami
To małe nie wiadomo co wyglądało trwożnie z koszyka, owinięte z płowy koc. Widać, że się bało, a jego ogromne, brązowe oczy wypatrywały zza wikliny mojej matki. Śledziły ją do momentu, kiedy matka nie wyciągnęła z którejś szafek kuchennych zapomnianej i poobijanej metalowej miski, do której nalała mleka. Wtedy wyskoczyło i zobaczyłam małego, zwinnego pieska o czarno-podpalanym umaszczeniu i wielkich uszach. Jak u nietoperza. Maluch był zabiedzony, miał zaropiałe oczy, chude łapy i wystające łopatki. Kiedy próbowałam go dotknąć, uciekł w popłochu. Ale i tak udało mi się stwierdzić, że na jego żebrach można grać jak na cymbałach.
Matka zabrała go z działek, na które jeździła, by pomagać babci. Widywała już biegające po ogródkach bezpańskie psy, ale nie przywiązywała do nich wagi, dopóki jeden z sąsiadów nie pokazał jej suki, która oszczeniła się w jego zagonie ogórkowym. Mama od razu wybrała chude, najbardziej czarne szczenię. I włożyła je, dobijając targu, do swojego kosza na warzywa, gdzie grzecznie przesiedziało do momentu znalezienia się w nowym domu. I kiedy teraz ta mała kulka piła chciwie mleko ze swojej pierwszej miski zastanawialiśmy się, jak ją nazwać. Długouch, Gacek, Netoperek, Czarny? Sprawa na szczęście wyjaśniła się sama, kiedy spostrzegliśmy, jak patrzy na moją mamę. Przywiązanie, jakie przenikało jego spojrzenie było na tyle wyraziste, że tata nadał małemu szczeniakowi imię: Ami. Przyjaciel. I tak już zostało.
Ami dorastał zdrowo i szybko stał się ulubieńcem dzieciaków z podwórka. Kiedy wyglądał z ogródka na piaskownicę albo wylegiwał się w trawie na słońcu, dzieciaki nieustannie go wołały, aby dał się pogłaskać. Cierpliwie znosił tarmoszenie uszu i ciągnięcie za ogon. Przymykał oczy, a dzieciaki biegały wokół niego. Nie był jednak klasycznym, kanapowym pieszczochem. Kiedy dzieci stawały się męczące, po prostu odchodził dalej lub znikał z pola widzenia. Było w nim coś z wilka, który musi pozostać niezależny, do końca nieoswojony, nieokiełznany i nie rozpieszczony. Wyrażało się to w jego chodzie. Ami nigdzie się nie spieszył. Nie biegał zawzięcie za kijem, a przynosił go z niebywałą gracją. Gorzej z odebraniem mu go. Zwykle zaciskał paszczę tak, że nawet oburącz nie byliśmy w stanie odebrać mu zdobyczy. I kończył z nią gdzieś w krzakach lub trawie, obgryzając korę i przegryzając patyk w dobrych kilku miejscach. Podobnie było ze spacerami. Chodził na smyczy powoli, ale mocno ciągnął. Do dziesiątego roku życia nie mogłam z nim wychodzić, bo był dla mnie za silny! Zresztą wychodzenie to była osobna przygoda – zawsze zmieniał ton swojego szczekania na skomlący, proszalny lament. Tak rozczulał, że zwykle potem to on ciągnął na spacer, bo zapominaliśmy się i chcieliśmy go pogłaskać.
Ami dbał o swoją autonomię także w momencie dla niego najważniejszym – podania miski z parującym krupnikiem z ogromnymi kośćmi i kawałami mięsa. Tak urzekł swoimi przemyślnymi oczyma masarza ze sklepu wędliniarskiego, że dawał mojej babci i mnie kawały wołowiny i ochłap wieprzowiny za symboliczne grosze. Bo trzeba powiedzieć, że karmy z puszki nie ruszał, a na suchą przegryzkę długo patrzył podejrzliwie, póki nie nauczyliśmy go, że to nagroda po spacerze. Wtedy z lubością chrupał zawartość miski. Oczywiście nie pozwalając się do siebie zbliżyć, powarkując z cicha. Jakby chciał powiedzieć: nie podchodź, jestem zajęty. To moja miska! Ale co jak co, zawsze był jednak gotów poszczekać mocnym głosem na intruza. Nie raz uratował rowery, leżące swobodnie w ogrodzie, a przywiązane jedynie słabą linką do ławki. Wiedzieliśmy, że możemy liczyć na jego czujność, kiedy tylko coś się wydarzy.
Próba nastąpiła szybko. Ami, mając niespełna rok, doświadczył czegoś, co dziś nazwałabym manifestacją ogromnej mądrości. Bo pies to nie tylko zabawka, maskotka dotrzymująca towarzystwa. To nie tylko obrońca, strzegący mienia i dostający w zamian swoją porcję mięsa. To towarzysz ludzkiej drogi, przyjaciel i członek rodziny równy wszystkim innym. Ami pewnego dnia to pokazał szczególnie wyraźnie. Kiedy mój młodszy brat kłócił się z kolegą, który wyjątkowo nie lubił psów i często przedrzeźniał skomlenie i szczekanie osiedlowych czworonogów, stanął przy ogrodzeniu wyraźnie pobudzony. Nastawił swoje ogromne uszy i obserwował każdy ruch kolegi brata. Ten zaczął naśladować ujadanie, aby zdenerwować Amiego. Pies wyszczerzył kły. Brat dał już sobie spokój z kłótnią i zaczął się wycofywać do domu. Chciał też sprowadzić tam Amiego. Wołał, ale pies nie przychodził. Dalej szczerzył zęby do kolegi, wyglądał wyjątkowo groźnie ze swoimi białymi kłami. Przypominał wtedy tak bardzo swojego przodka wilka! Obniżył zad, wyprężył przednie łapy, położył uszy po sobie. Był gotów do ataku. Brat nie zdążył dobiec do psa, kiedy ten prześliznął się przez niewielki wyłom w siatce ogrodzenia i w mgnieniu oka złapał chłopaka za łydkę. Po czym, jak gdyby nigdy nic, poszedł wzdłuż ogrodzenia chodnikiem. Kolega był przerażony. Wygrażał, że pójdzie na policję, że mieszkamy z niebezpiecznym zwierzęciem, że go zastrzelą, bo pewnie ma wściekliznę, ale na wizycie u lekarza i stwierdzeniu, że poza śladem zębów na łydce nie ma żadnego zagrożenia, sprawa się zamknęła. Kolega brata nigdy więcej nie drażnił zwierząt, a naszego psa unikał jak ognia. A Ami? Spokojnie przebiegł podwórze i kiedy zaniepokojeni przebiegiem zdarzenia wyskoczyliśmy z klatki schodowej, on już pod nią czekał. Ucieszony, że nas zobaczył wbiegł ze swoją psią godnością do przedpokoju i zaraz potem zapadł w drzemkę na ogródku. Jak gdyby nigdy nic.
Matka zabrała go z działek, na które jeździła, by pomagać babci. Widywała już biegające po ogródkach bezpańskie psy, ale nie przywiązywała do nich wagi, dopóki jeden z sąsiadów nie pokazał jej suki, która oszczeniła się w jego zagonie ogórkowym. Mama od razu wybrała chude, najbardziej czarne szczenię. I włożyła je, dobijając targu, do swojego kosza na warzywa, gdzie grzecznie przesiedziało do momentu znalezienia się w nowym domu. I kiedy teraz ta mała kulka piła chciwie mleko ze swojej pierwszej miski zastanawialiśmy się, jak ją nazwać. Długouch, Gacek, Netoperek, Czarny? Sprawa na szczęście wyjaśniła się sama, kiedy spostrzegliśmy, jak patrzy na moją mamę. Przywiązanie, jakie przenikało jego spojrzenie było na tyle wyraziste, że tata nadał małemu szczeniakowi imię: Ami. Przyjaciel. I tak już zostało.
Ami dorastał zdrowo i szybko stał się ulubieńcem dzieciaków z podwórka. Kiedy wyglądał z ogródka na piaskownicę albo wylegiwał się w trawie na słońcu, dzieciaki nieustannie go wołały, aby dał się pogłaskać. Cierpliwie znosił tarmoszenie uszu i ciągnięcie za ogon. Przymykał oczy, a dzieciaki biegały wokół niego. Nie był jednak klasycznym, kanapowym pieszczochem. Kiedy dzieci stawały się męczące, po prostu odchodził dalej lub znikał z pola widzenia. Było w nim coś z wilka, który musi pozostać niezależny, do końca nieoswojony, nieokiełznany i nie rozpieszczony. Wyrażało się to w jego chodzie. Ami nigdzie się nie spieszył. Nie biegał zawzięcie za kijem, a przynosił go z niebywałą gracją. Gorzej z odebraniem mu go. Zwykle zaciskał paszczę tak, że nawet oburącz nie byliśmy w stanie odebrać mu zdobyczy. I kończył z nią gdzieś w krzakach lub trawie, obgryzając korę i przegryzając patyk w dobrych kilku miejscach. Podobnie było ze spacerami. Chodził na smyczy powoli, ale mocno ciągnął. Do dziesiątego roku życia nie mogłam z nim wychodzić, bo był dla mnie za silny! Zresztą wychodzenie to była osobna przygoda – zawsze zmieniał ton swojego szczekania na skomlący, proszalny lament. Tak rozczulał, że zwykle potem to on ciągnął na spacer, bo zapominaliśmy się i chcieliśmy go pogłaskać.
Ami dbał o swoją autonomię także w momencie dla niego najważniejszym – podania miski z parującym krupnikiem z ogromnymi kośćmi i kawałami mięsa. Tak urzekł swoimi przemyślnymi oczyma masarza ze sklepu wędliniarskiego, że dawał mojej babci i mnie kawały wołowiny i ochłap wieprzowiny za symboliczne grosze. Bo trzeba powiedzieć, że karmy z puszki nie ruszał, a na suchą przegryzkę długo patrzył podejrzliwie, póki nie nauczyliśmy go, że to nagroda po spacerze. Wtedy z lubością chrupał zawartość miski. Oczywiście nie pozwalając się do siebie zbliżyć, powarkując z cicha. Jakby chciał powiedzieć: nie podchodź, jestem zajęty. To moja miska! Ale co jak co, zawsze był jednak gotów poszczekać mocnym głosem na intruza. Nie raz uratował rowery, leżące swobodnie w ogrodzie, a przywiązane jedynie słabą linką do ławki. Wiedzieliśmy, że możemy liczyć na jego czujność, kiedy tylko coś się wydarzy.
Próba nastąpiła szybko. Ami, mając niespełna rok, doświadczył czegoś, co dziś nazwałabym manifestacją ogromnej mądrości. Bo pies to nie tylko zabawka, maskotka dotrzymująca towarzystwa. To nie tylko obrońca, strzegący mienia i dostający w zamian swoją porcję mięsa. To towarzysz ludzkiej drogi, przyjaciel i członek rodziny równy wszystkim innym. Ami pewnego dnia to pokazał szczególnie wyraźnie. Kiedy mój młodszy brat kłócił się z kolegą, który wyjątkowo nie lubił psów i często przedrzeźniał skomlenie i szczekanie osiedlowych czworonogów, stanął przy ogrodzeniu wyraźnie pobudzony. Nastawił swoje ogromne uszy i obserwował każdy ruch kolegi brata. Ten zaczął naśladować ujadanie, aby zdenerwować Amiego. Pies wyszczerzył kły. Brat dał już sobie spokój z kłótnią i zaczął się wycofywać do domu. Chciał też sprowadzić tam Amiego. Wołał, ale pies nie przychodził. Dalej szczerzył zęby do kolegi, wyglądał wyjątkowo groźnie ze swoimi białymi kłami. Przypominał wtedy tak bardzo swojego przodka wilka! Obniżył zad, wyprężył przednie łapy, położył uszy po sobie. Był gotów do ataku. Brat nie zdążył dobiec do psa, kiedy ten prześliznął się przez niewielki wyłom w siatce ogrodzenia i w mgnieniu oka złapał chłopaka za łydkę. Po czym, jak gdyby nigdy nic, poszedł wzdłuż ogrodzenia chodnikiem. Kolega był przerażony. Wygrażał, że pójdzie na policję, że mieszkamy z niebezpiecznym zwierzęciem, że go zastrzelą, bo pewnie ma wściekliznę, ale na wizycie u lekarza i stwierdzeniu, że poza śladem zębów na łydce nie ma żadnego zagrożenia, sprawa się zamknęła. Kolega brata nigdy więcej nie drażnił zwierząt, a naszego psa unikał jak ognia. A Ami? Spokojnie przebiegł podwórze i kiedy zaniepokojeni przebiegiem zdarzenia wyskoczyliśmy z klatki schodowej, on już pod nią czekał. Ucieszony, że nas zobaczył wbiegł ze swoją psią godnością do przedpokoju i zaraz potem zapadł w drzemkę na ogródku. Jak gdyby nigdy nic.
Subskrybuj:
Posty (Atom)