piątek, 10 czerwca 2011

Bumerang i oddanie

Nie widział Pana od miesięcy. Czy był drżący, bardziej zamyślony, milczący? Jasnorzewska mogła mieć coś na rzeczy, bo na spacerach Bumerang wypatrywał dużych, terenowych samochodów, mężczyzn "przy kości" i o mocnym chodzie. A to chciał wskakiwać do terenówek na tylne siedzenia, a to patrzył smutnym wzrokiem z nastawionymi, wilczymi uszami na właścicieli tych pojazdów. A to wreszcie rozpoznawał znajomy zapach, jeśli jego Pan był w pobliżu.


Ale Pan nie zjawiał się obok niego. Mijały miesiące i wydawało się, że Bumerang zapomniał, co znaczy mieć Pana. Zgodnie z tym, co mówią "spece" od zwierzęcej psychologii, powinien o człowieku, który go wywiódł ze schroniska nie pamiętać już po 3 miesiącach. Miał dwie kochające właścicielki, które go karmiły frykasami, rozpieszczały na spacerach i dawały dowody nieskończonej czułości. Wystarczył jednak głupi terenowy samochód i pies wariował.


-Trzeba Ci będzie sprowadzić albo nowego Pana, albo zobaczyć się ze starym - wywnioskowała w obecności Bumeranga jego młodsza Pani.
Zaprowadziła go więc na parking, gdzie za chwilę podjechał czerwony samochód w typie gruchota. Bumek nastawił uszy, a po chwili całe jego ciało mówiło: JEST MÓJ PAN! Skakał na szybę przednich drzwi, byle tylko mieć kontakt ze swoim ukochanym człowiekiem. Lizał pooraną twarz, podawał łapę. Na koniec wskoczył na tylne siedzenie steranej Toyoty i dalej okazywał czułość kierowcy. "Spece" od zwierzęcej psychologii mogą powiedzieć: przywiązanie, jak u psa. Ja jednak dawno nie widziałam tylu dowodów miłości, co przez 5 minut spotkania Pana i swojego psa.
I to dowodów dawanych niemal jednostronnie, bo Pan wysiadł z samochodu tylko na chwilę, żeby potem odjechać i zostawić Buma na parkingu. Czy nastąpi kolejne takie spotkanie, tego Bumerang się nie dowie. Jedno jest pewne - pies musi mieć Pana.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Wybiegi Bumeranga

Któregoś dnia Bumerang uciekł. Zdarzyło się to późnym wieczorem na podpoznańskich polach. Drzwi samochodu się otworzyły i pies wyleciał jak z procy. Szybko przebiegł na drugą stronę polnej szosy, potem pokłusował do jakichś zabudowań gospodarskich. Jego czarna sierść całkiem stopiła się z mrokiem, jaki zapadł nad podleśnymi domami.

Jego Pan pobiegł za nim, ale po kilkunastu minutach wrócił. Psa nie ma. Chude ciało wilczego arystokraty tylko migało między drewnianą chałupą, a stodołą. Aż wreszcie znikło całkowicie. Potem nagle z ciemności krzaków wyłoniły się zielone, przerażone oczy. Podchodził ostrożne do swojego pana, a kiedy ten wyciągnął rękę, po prostu złożył pysk na jego dłoni. I potulnie dał sobie nałożyć kolczatkę, podając prawą łapę na znak przeprosin.

Jego natura jednak co i rusz dawała o sobie znać. Kilka miesięcy później biegał po lesie razem z zaprzyjaźnioną suką. Ta ciągle go prowokowała. Jak nie złapie go za ucho albo pysk, jak nie skoczy na zad. Warczał ostrzegawczo, ale wodzić i tarmosić się dawał. W końcu mała wilczyca powaliła go na darń, zadarła obiema łapami kolczatkę i odbiegła radośnie, jakby zdawała sobie sprawę, jaki psikus zrobiła.

Bumerang dostał nieoczekiwaną wolność. W mgnieniu oka wstał, wykręcił w polną drogę i znikł za zaroślami. Wokół niewielkiego zagajnika były tylko pola, kilka rozrzuconych chałup i okólnik, gdzie akurat biegały cztery klacze. Pies wybrał wydeptaną ścieżkę i dotarł do stajni. Biegał tam bez celu, bo zamknięte drzwi nie dały się uchylić. Z okienek wystawały tylko ciekawie łby końskie. Bumek wrócił więc znów na polną drogę.

I nagle był nie do poznania. Uszy położył po sobie, nie patrzył na właścicieli, nie słuchał wołania. Czysta dzikość. Pobiegł galopem wprost na klacze. Chwila napiętego oczekiwania i...Bumek kłusował z czterema kasztanowymi końmi gospodarskimi! Zrobił z nimi dwa okrążenia, po czym przybiegł z powrotem do właścicieli. Znów dał sobie pokornie nałożyć smycz i obrożę, pomny, że jednak ktoś musi go karmić. Dzień w dzień jednak chodził do koni i siadał, wyciągał łapę albo skakał na ogrodzenie, dotykając chrap klaczy. A one pozwalały mu na wybryki, cicho rżąc. Takie miał Bumek wybryki.

czwartek, 24 marca 2011

Jak w domu znalazł się Bumerang

Na zdjęciu psina była rozmarzona. Smutna? A jednak świeciły jej oczy, kiedy widziała smycz. Czarne, matowe futro, które nie zdążyło na dobre wypaść po lecie, a była zima, szare bokobrody wystające z białego podgardla. Taki upadły arystokrata. Jego widok ściskał serce. Bo w spojrzeniu tego czarno-srebrnego husky'ego była też wdzięczność, radość. Ale to mogły wypatrzeć tylko wprawne oczy. Dość, że kilka godzin po odwiedzinach na stronie adopcji, wsiadł w samochód i był już pod pod bramą schroniska. Dziwnym trafem bowiem okazało się, że pies jest akurat w schronisku koło Poznania.

W boksie przywitał go chudzina z za dużą głową. I jeszcze te bokobrody. Od razu przypadł mu do gustu barczysty brunet. Wyciągał do niego pewnie swoją muskularną rękę, łapał pewnie z trociniaste bokobrody. I tarmosił. A pies oddawał mu się cały. Przed boksem zaczął skakać, przymilać się. W końcu pozwolił zapiąć pracownikowi schroniska jakąś zapasową, czerwoną smycz. I pognali do samochodu. Pracownik nie zdążył nawet zdjąć parcianej uprzęży. Pies już siedział na tylnym siedzeniu. A kiedy pracownik zbliżył się, żeby odzyskać obrożę, zawarczał przeciągle. Miał Pana i nic innego się nie liczyło. Mógł zamknąć swój smutny rozdział życia takim oto manifestem.

Pierwsze, co go spotkało w nowym domu, to mycie. Stał posłusznie. Już to przerabiał. Myją sierść, szczotkują, głaszczą. Pozwoli się więc dotykać, będzie parskał na szampon, jakim umyją jego kłaki. Będzie podawał łapy, żeby myli mu podbrzusze. Przymruży oczy, żeby za chwile wyskoczyć z białej balli na podłogę. Jeszcze jedno parsknięcie i w mgnieniu oka cały pokój aż lepi się od kropel wody. Nazywają to trzepaniem się. Jeszcze tylko suszenie puchu i znów szczotkowanie. Tego najwyraźniej nie lubi. Ucieka, zasłania łapy, żeby tylko ich nie czesać. Wreszcie jest gotów. Wysuszony i puszysty. Jak nie on. Teraz to arystokrata pełnym pyskiem.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Pierwsze spacery Rasty

Zeskakiwał z kanapy, kiedy przychodziła babcia, kiedy dostawał jeść albo kiedy wychodził na spacer. Lubił przestrzeń, w końcu długo w niej się włóczył, bez domu, bez Pana. Nie znał rygoru, wychowania, podstawowych komend, jakie zwykle poznają nawet psy w schroniskach. Ale był bardzo pojętny. Przekrzywiał zabawnie głowę, wwiercał się oczkami w twarz Pana i zaraz wykonywał polecenie. Drugiego dnia nauczył się więc podawać łapę, siadać i schodzić z kanapy na komendę. Wszystkim zajmował się ojciec. Jego pies traktował jak swojego Pana. Ale serce oddał matce. Po pierwszym tygodniu matka brała go na ręce wołając: dzidziuś. Pies dawał jej robić ze sobą wszystko. Mogła go podnosić, czesać, zagłaskiwać, kiedy leżał na kanapie. W zamian za miłość, pies strzegł jej sypialni i w zasadzie chodził spać z rodzicami, śpiąc w nóg łóżka. Nikt nie przestępował o późnej godzinie progu sypialni wiedząc, że mały zacznie ujadać i podgryzać. Wycwanił się tak, że podgryzał kostki i ciągnął za nogawki spodni!

Stróż-Rasta nie mógł nauczyć się tylko jednego. Robienia na spacerze tego, co inne psy. Mijały właśnie dwa tygodnie od jego wejścia do domu. Wiedział już, że smycz zapowiada wyjście na dwór, że jest czymś dobrym. Albo jest dyscyplinką, kiedy się nabroi. Ale ojciec użył wobec niego smyczy tylko raz, kiedy Rasta wyszczerzył na niego zęby, nie chcąc zejść ze "swojej" kanapy. W każdym razie skakał, jak opętany, kiedy widział, że zbliża się spacer. Popiskiwał, bo zostało mu to w psychice, ale posłusznie schodził, łapa za łapą (z początku bał się schodów), na parter bloku.

Matka chodziła z nim zwykle wokół bloku, żeby inne psy wiedziały, że jest nowy kolega. Ale Rasta wcale nie chciał znaczyć terenu. Ruszał przed siebie chodząc jak powsinoga, luźno, jakby za nim nie było właściciela. To niuchał, to zatrzymywał się, żeby powarczeć na konkurencję. Ale nie sikał, nie mówiąc o tym drugim. Matka chodziła wciąż wokół domu, popatrywała na małego powtarzając: Rasta, sikaj i pokazywała, jak powinien to robić. Kiedy wąchał drzewo, pokazywała palcem ślad i mówiła: tu, załatw się! Dwadzieścia minut po spacerze Rasta obsikiwał dyskretnie kąty pokoju najmłodszego w rodzinie.

W trzecim tygodniu pobytu coś pękło. Rasta zaprzyjaźnił się z małym Yorkiem, który przymilnie rozpłaszczał się na asfalcie, i zrobił TO! Najpierw dyskretnie podniósł nogę, powąchał płot okolicznego parkingu i wreszcie udało mu się załatwić obie potrzeby. Radość nie miała granic. Brat pobąkiwał już o oddaniu Rasty do schroniska, bo "nie można wytrzymać", jak mu sika na podłogę. A tak, Rasta mógł cieszyć się z nowego domu i swoich możliwości przystosowawczych. Nie jest prawdą to, że starego psa nie można już nauczyć nawyków. Lotny umysł czworonoga w mig przyswoi nowe zachowania. Bez dawania smakołyków, nauki metodą Pawłowa. Swój rozum ma.

Rasta

Z samochodu wybiegła przestraszona, czarna kulka. A w zasadzie trapez, bo kości tego małego można było policzyć jak paciorki w liczydłach. Czarna sierść zakrywała oczka, a kołtuny nie chciały ulec pod wpływem dotyku. Zresztą, dotykać tego nie można było, bo zaraz chowało się za matkę przyjaciółki, która przywiozła go mojej rodzinie w następstwie Amiego.

Małe kudłate pozostało więc schowane za swoją odchodzącą Panią, spoglądając z ukosa. W końcu nie miało wyboru. Smycz została przejęta i czarny mały kudłacz musiał poddać się woli nowego Państwa.

Podobno zjawił się obok posesji rodziców przyjaciółki w jakiś lutowy dzień. Śnieżyło, wszędzie było biało, że aż samo oko bielało od tego blasku. Na termometrze temperatura pokazywała minus dwadzieścia stopni. Wiatr wiał, huczał, bo na wsi wszystko ma większą moc i czyni większe szkody. Drzewa wyginały się ze stękiem, na podwórku leżał puch po kolana. Dwie suki: niezgrabna i wredna Dzianga i wielgachna, puchata chuliganka Norka leżały pod zadaszonymi budami. Nagle poderwały się jak jeden mąż i zaczęły ujadać. Rzucały się na siatkę, gryząc ją, jakby chciały się wydostać.

Chcąc nie chcąc, Pani Beata wyszła przed dom. Co się dzieje? Znów przytargały zabłąkaną mysz? Nornicę? Wynocha psy! Natychmiast mi tu! - pokazała palcem na werandę domu.

Obie suki jednak ani myślały wrócić. Ujadały, jakby naprawdę czekały na dobry kąsek albo jakby w śniegu leżał intruz. Ale jaki, skoro nikogo przed bramą nie było? Beata wyszła w kapciach na śnieg, skacząc między zaspami i wreszcie to zobaczyła.

Czarny, niewielki pies próbował wstać. Opadł z sił na tyle, że co uskoczył i otrzepał się z puchu, to znów padał weń z piskiem.  Jest wycieńczony albo chory - pomyślała wtedy Beata. Odpędziła suki, wyciągnęła rękę do małego kudłacza i zabrała go do domu. Nie był ciężki, pewnie od wielu dni nie jadł i nie był stanie dalej iść przez wieś. Może to jeden z psów Pani Potlakowej, ta przecież nie jest ich w stanie wykarmić. Ma na swojej posesji naprędce sklecone budy, a w nich kilkadziesiąt piszczących i skomlących psów. Nawet kiedy się gryzą, nie wychodzi z domu. Nie rozdziela swojej menażerii, pozwalając na ustalanie hierarchii. Przynajmniej sama tak mówi, kiedy odwiedza Beatę, żeby pożyczyć na jedzenie albo zabrać jakieś resztki dla psów i kilku kotów. Bo ostatnio też się do niej garną te marne przybłędy.

Czarny jadł, aż mu z pyska leciało. Dostał twaróg i kawałki mięsa z obiadu. Potem położył się przy kominku i zasnął. Tylko oczy mu się przewracały, popiskiwał cicho, ale chyba było mu dobrze. Beacie przychodziła tylko jedna myśl? Jaki dom mu teraz znajdę? Suki nie zaakceptują małego. Nigdy. To zabójczynie małych psów. Zazdrosne jak diabli. W domu nie może być, bo są już trzy koty. Wykręca numer córki, żeby szukała domu. Szkoda, żeby czarny trafił do schroniska. Tam przeżyłby ciężko tę zimę.

Kudłacz dostał imię Rasta. Od kołtunów na mordce, które przypominały dredy. Tyle ich było, że pies wyglądał, jakby wyszedł od psiego fryzjera, który pomylił go z pudlem. Czesać tego nie było sensu. Kłaki zostały więc na czerepie psiny, dodawały mu figlarnego uroku.

Pierwszy dzień był walką. Nie chcieliśmy psa. Po odejściu Amiego minęły trzy lata, ale ciągle był w pamięci rodziny. Ojciec chodził po domu i klął: po co nam pies? Matka miała miększe serce i od razu nakarmiła małego mlekiem z chlebem. Nie było przecież nic dla psa. Rasta wydawał się bardziej żywy, niż na wsi u Beaty. Skakał na domowników, chciał wszystkiego dotknąć, wszystko polizać, zobaczyć. Ogon skakał mu w tę, w tamtą stronę. Szybko upodobał sobie kanapę i ani myślał zejść, kiedy ojciec wrzasnął: na dół! A jednak był bardzo posłuszny. Z podkulonymi kołtunkami zszedł, płaszcząc się po podłodze. Musiał być bity. Chwilę później jednak tak skakał, przepraszał, tańcował przy ojcu, że ten go pogłaskał i...też chyba zmiękł. Po tygodniu próby Rasta został w rodzinie.

wtorek, 9 lutego 2010

Odejście Amiego

To trwało trzy lata. Całe 1000 dni. Najpierw zaczął chorować na paraliż prawej strony ciała. Po prostu przechodząc z pokoju do korytarza walił łbem o meble. Upadał, potem niezgrabnie się gramolił na przednie łapy . Rozbił głowę o kant telewizora. Sam nie wiedział, co mu jest, w oszołomieniu próbował taranować wszystkie przedmioty. Póki na kogoś nie spojrzał, nikt nie wiedział, jak mu pomóc. Jak uspokoić biegającego w amoku zwierzaka. Ale kiedy odwrócił głowę matka zobaczyła coś, po czym krzyknęła: Pies ma bielmo na oczach! I złapała go za kolczatkę, doprowadzając do parteru.

Przyjechał weterynarz. Prawie nic nie mówił. Ojciec nie kazał zresztą wchodzić do kuchni, gdzie teraz Ami leżał, skomląc cicho. Wcześniej, tak, by nikt nie widział, wziął bezwładne cielsko wciąż pięknego i rosłego owczarka i ułożył na kocu. Zrobił z niego hamak i tak przeniósł wariującego psa w cichsze i mniej oblężone miejsce.

Weterynarz przepisał Nootropil. Podobno działał w równym stopniu na zwierzęta i na ludzi. Zwierzętom pomagał wyjść z otępienia, a ludziom -  pomagał w nauce. Silnie pobudzał ośrodki w mózgu do spalania glukozy i przekazywania impulsów.

Ami miał wypisane na recepcie: udar niedokrwienny. Wtedy matka zapłakała po raz pierwszy.

Jeszcze kilka dni pies leżał bezwładnie, na kocu, który ojciec przenosił, ilekroć pies prosił o wyjście na ogródek. Po tygodniu dostał dożylnie glukozę. W zasadzie ciągle spał. Ale było widać, że wącha niespokojnie przez zamknięte powieki cały otaczający świat. Nos drgał mu zabawnie, kiedy się go dotykało. Potrzebował jednak spokoju, więc matka obmywała go wodą, zakazując wszystkim kręcić się dookoła.

W końcu, po 12 dniach, pies wstał. Ot tak, tak samo, jak padł na dywan i telewizor. Połaził ciekawsko. Wszystko widział. Wszędzie wąchał i, jeszcze słaby, plątał się, pałąkowato stawiając słabe nogi po parkiecie. Witał wszystkich, jakby po prostu zasnął na chwilę albo zniknął na parę dni w poszukiwaniu jakiejś suki.

I tak minał rok. Pies odzyskał siły i buszował po ogrodzie. Stuknęła mu dwunastka. I wszyscy myśleli, że widmo choroby nie powróci. I nagle - powtórka. Pies, jakby cofnąć taśmę do początku sprzed roku, pada. Tym razem na tylne łapy. Nie jest w stanie zrobić kroku. Weterynarz - ten sam - milcząco bada ciało psa. Starcze zwyrodnienia poudarowe - kwituje na recepcie.

Tymczasem Ami czołga się do ogrodu. Swoje potrzeby załatwia wybiórczo. Albo pod siebie, albo na pobliską trawę. W czasie, kiedy nie było rzutu choroby, przeprowadzamy się do dużego bloku na pierwsze piętro. Ami jest znoszony przez ojca w kocu na parter, potem na łysą ziemię dokoła bloku. I tak do momentu poprawy. Znów ociężale stawia powykręcane nogi. Inny weterynarz kwituje jesto stan jako artretyzm i w zasadzie nie widzi nadziei. Mówi jedno: te psy tak mają. Proszę dać mu odejść.

I pewnego dnia pies przestaje się podnosić. Nie je, tylko pije. Nie poznaje najbliższych. Warczy, kiedy się do niego zbliża. Patrzy spode łba. Matka podejmuje decyzję, by go uśpić. Tym razem odwiedza nas weterynarka. Inkasuje należność i "poleca" starszego Pana, który zaopiekuje się ciałem zwierzęcia. Ciało Amiego wędruje więc do Konika Nowego. Pies ma swój kamień, swoje miejsce. Pośród "Kumpli", "Bąbli" i innych podobnych sobie, które wybrały ciche odejście.  A nam brakuje go przez następne trzy lata...

sobota, 6 lutego 2010

Ami

To małe nie wiadomo co wyglądało trwożnie z koszyka, owinięte z płowy koc. Widać, że się bało, a jego ogromne, brązowe oczy wypatrywały zza wikliny mojej matki. Śledziły ją do momentu, kiedy matka nie wyciągnęła z którejś szafek kuchennych zapomnianej i poobijanej metalowej miski, do której nalała mleka. Wtedy wyskoczyło i zobaczyłam małego, zwinnego pieska o czarno-podpalanym umaszczeniu i wielkich uszach. Jak u nietoperza. Maluch był zabiedzony, miał zaropiałe oczy, chude łapy i wystające łopatki. Kiedy próbowałam go dotknąć, uciekł w popłochu. Ale i tak udało mi się stwierdzić, że na jego żebrach można grać jak na cymbałach.

Matka zabrała go z działek, na które jeździła, by pomagać babci. Widywała już biegające po ogródkach bezpańskie psy, ale nie przywiązywała do nich wagi, dopóki jeden z sąsiadów nie pokazał jej suki, która oszczeniła się w jego zagonie ogórkowym. Mama od razu wybrała chude, najbardziej czarne szczenię. I włożyła je, dobijając targu, do swojego kosza na warzywa, gdzie grzecznie przesiedziało do momentu znalezienia się w nowym domu. I kiedy teraz ta mała kulka piła chciwie mleko ze swojej pierwszej miski zastanawialiśmy się, jak ją nazwać. Długouch, Gacek, Netoperek, Czarny? Sprawa na szczęście wyjaśniła się sama, kiedy spostrzegliśmy, jak patrzy na moją mamę. Przywiązanie, jakie przenikało jego spojrzenie było na tyle wyraziste, że tata nadał małemu szczeniakowi imię: Ami. Przyjaciel. I tak już zostało.

Ami dorastał zdrowo i szybko stał się ulubieńcem dzieciaków z podwórka. Kiedy wyglądał z ogródka na piaskownicę albo wylegiwał się w trawie na słońcu, dzieciaki nieustannie go wołały, aby dał się pogłaskać. Cierpliwie znosił tarmoszenie uszu i ciągnięcie za ogon. Przymykał oczy, a dzieciaki biegały wokół niego. Nie był jednak klasycznym, kanapowym pieszczochem. Kiedy dzieci stawały się męczące, po prostu odchodził dalej lub znikał z pola widzenia. Było w nim coś z wilka, który musi pozostać niezależny, do końca nieoswojony, nieokiełznany i nie rozpieszczony. Wyrażało się to w jego chodzie. Ami nigdzie się nie spieszył. Nie biegał zawzięcie za kijem, a przynosił go z niebywałą gracją. Gorzej z odebraniem mu go. Zwykle zaciskał paszczę tak, że nawet oburącz nie byliśmy w stanie odebrać mu zdobyczy. I kończył z nią gdzieś w krzakach lub trawie, obgryzając korę i przegryzając patyk w dobrych kilku miejscach. Podobnie było ze spacerami. Chodził na smyczy powoli, ale mocno ciągnął. Do dziesiątego roku życia nie mogłam z nim wychodzić, bo był dla mnie za silny! Zresztą wychodzenie to była osobna przygoda – zawsze zmieniał ton swojego szczekania na skomlący, proszalny lament. Tak rozczulał, że zwykle potem to on ciągnął na spacer, bo zapominaliśmy się i chcieliśmy go pogłaskać.

Ami dbał o swoją autonomię także w momencie dla niego najważniejszym – podania miski z parującym krupnikiem z ogromnymi kośćmi i kawałami mięsa. Tak urzekł swoimi przemyślnymi oczyma masarza ze sklepu wędliniarskiego, że dawał mojej babci i mnie kawały wołowiny i ochłap wieprzowiny za symboliczne grosze. Bo trzeba powiedzieć, że karmy z puszki nie ruszał, a na suchą przegryzkę długo patrzył podejrzliwie, póki nie nauczyliśmy go, że to nagroda po spacerze. Wtedy z lubością chrupał zawartość miski. Oczywiście nie pozwalając się do siebie zbliżyć, powarkując z cicha. Jakby chciał powiedzieć: nie podchodź, jestem zajęty. To moja miska! Ale co jak co, zawsze był jednak gotów poszczekać mocnym głosem na intruza. Nie raz uratował rowery, leżące swobodnie w ogrodzie, a przywiązane jedynie słabą linką do ławki. Wiedzieliśmy, że możemy liczyć na jego czujność, kiedy tylko coś się wydarzy.

Próba nastąpiła szybko. Ami, mając niespełna rok, doświadczył czegoś, co dziś nazwałabym manifestacją ogromnej mądrości. Bo pies to nie tylko zabawka, maskotka dotrzymująca towarzystwa. To nie tylko obrońca, strzegący mienia i dostający w zamian swoją porcję mięsa. To towarzysz ludzkiej drogi, przyjaciel i członek rodziny równy wszystkim innym. Ami pewnego dnia to pokazał szczególnie wyraźnie. Kiedy mój młodszy brat kłócił się z kolegą, który wyjątkowo nie lubił psów i często przedrzeźniał skomlenie i szczekanie osiedlowych czworonogów, stanął przy ogrodzeniu wyraźnie pobudzony. Nastawił swoje ogromne uszy i obserwował każdy ruch kolegi brata. Ten zaczął naśladować ujadanie, aby zdenerwować Amiego. Pies wyszczerzył kły. Brat dał już sobie spokój z kłótnią i zaczął się wycofywać do domu. Chciał też sprowadzić tam Amiego. Wołał, ale pies nie przychodził. Dalej szczerzył zęby do kolegi, wyglądał wyjątkowo groźnie ze swoimi białymi kłami. Przypominał wtedy tak bardzo swojego przodka wilka! Obniżył zad, wyprężył przednie łapy, położył uszy po sobie. Był gotów do ataku. Brat nie zdążył dobiec do psa, kiedy ten prześliznął się przez niewielki wyłom w siatce ogrodzenia i w mgnieniu oka złapał chłopaka za łydkę. Po czym, jak gdyby nigdy nic, poszedł wzdłuż ogrodzenia chodnikiem. Kolega był przerażony. Wygrażał, że pójdzie na policję, że mieszkamy z niebezpiecznym zwierzęciem, że go zastrzelą, bo pewnie ma wściekliznę, ale na wizycie u lekarza i stwierdzeniu, że poza śladem zębów na łydce nie ma żadnego zagrożenia, sprawa się zamknęła. Kolega brata nigdy więcej nie drażnił zwierząt, a naszego psa unikał jak ognia. A Ami? Spokojnie przebiegł podwórze i kiedy zaniepokojeni przebiegiem zdarzenia wyskoczyliśmy z klatki schodowej, on już pod nią czekał. Ucieszony, że nas zobaczył wbiegł ze swoją psią godnością do przedpokoju i zaraz potem zapadł w drzemkę na ogródku. Jak gdyby nigdy nic.