piątek, 16 lutego 2018
Odejscie Bumeranga
niedziela, 8 października 2017
Bumerang i trele do telewizora
-Jak zawsze trzeba cie zmuszac do jedzenia - utyskiwala Starsza Pani - ile to juz lat mam ja Ciebie - bedzie siedem. I ciagle trzeba Cie naklaniac do posilkow. Taki z ciebie jadak - wtorowala sobie, myjac naczynia.
Pies powolutku odsuwal sie od wypolerowanego przez siebie wieka puszki i zanurzal leb w misce. Dwie minuty i po ostro pachnacej masie nie bylo sladu.
Pies jak zwykle takiego dnia ukladal sie po posilku obok fotela Starszej Pani. Dwudziesta zreszta byla godzina ulubionych seriali kobiety, z pilotem w reku Starsza Pani przemierzala kanaly w poszukiwaniu tureckich namietnosci. Bumerang mial wtedy swoja godzine pieszczot. Tracal pyskiem chwilowo bezrobotna prawa dlon Starszej Pani a jak to nie pomagalo, szturchal ja przednia lapa i skomlal. Reka Pani powoli przesuwala sie po jego lbie, glaskala przednie lapy i tarmosila bok psa. Bumerang przymykal oczy i zapadal w drzemke. Jeden zbyt leniwy ruch albo bezruch reki - i pies powtarzal swoje zaczepki. Starsza Pani nie miala wyboru - pies mial swoj czas i o ile Pani ogladala i komentowala zycie serialowych bohaterow, pies w zamian za sluchanie perypetii i, niekoniecznie dobrych, wyborow zyciowych tureckich aktorow, zaspokajal swoja potrzebe uwagi.
Po kolacji, Starsza Pani zwykla popijac ostatnia tego dnia herbate. Zerkala na perypetie innych bohaterow, tym razem eksploratorow wysp dziewiczych pochodzenia hiszpanskiego. Pies nie dawal za wygrana. Szturchal pyskiem leniwie opadajace palce Starszej Pani. Nic. Zapiszczal. Nic. W koncu podniosl sie ciezko z dywanu, ostroznie stajac na lapach i wachajac glowe starszej Pani. Kiedy to nie pomoglo, zblizyl wilgotny nos do nosa wlascicielki. A ta jak nie poderwie sie na rowne nogi, krzyczac do telewizora.
czwartek, 31 grudnia 2015
Bumerangowa opowiesc noworoczna
Zima ograniczyla kontakty Bumeranga z sasiadem. Widywali sie rzadziej, a sasiad opuszczal mieszkanie, kiedy musial zrobic zakupy. Czasem wrecz prosil Starsza Pania, aby mu cos z miasta przyniosla. Wydawal sie zmeczony, bardziej zgarbiony i poruszal sie powoli, szukajac raczej stopni schodow, niz pewnie po nich stapajac. Bumerang lizal dlonie Pana Ryszarda, ale do jego mieszkania juz nie chcial wejsc.
Poczatek grudnia w zasadzie nie roznil sie niczym od poczatku listopada. Zawieruchy, slota, deszcze nie ustawaly. Bywaly chwile przejasnien, ale aura nie pozostawiala watpliwosci - ta zima nie bedzie biala. Starsza Pani zauwazyla jednak zmiane zachowania Bumeranga. Na pietrze, na ktorym mieszkali, pies tryskal energia. Skakal, zbiegal w pospiechu na dol, pociagajac za soba wiotka przeciez Starsza Pania. Na parterze bloku zwykle mu sie za to obrywalo. Starsza Pani upominala:
- Przeciez wiesz, ze babka nie ma juz dwudziestu lat. Dlaczego tak pedzisz?
Bumerang powtarzal swoje zachowanie przez okolo tydzien. Starsza Pani skarzyla sie na niego, ale zaden z zaprzyjaznionych wlascicieli psow spacerujacych w okolicy nie mial na to ani recepty, ani odpowiedzi. Ot, pies przyzwyczail sie do szybkiego tempa schodzenia po schodach. Moze to podekscytowanie spacerem? Wiele, nawet starszych psow tak sie zachowuje. Wiec Bumerang jest jednym z takich wesolych zgrywusow. Starsza Pani jednak nie dowierzala. Tak nagla zmiana? Pies ryzykowal upadkiem, bo schody byly skonstruowane w ksztalcie spirali. Zwykle byl uwazny, a teraz przez to swoje zbieganie potykal sie na polpietrach.
Ktoregos dnia Bumerang, zbieglszy na parter, zaczal przeciagle wyc. Starsza Pani probowala psa uspokoic, nadaremno. Bumerang usiadl na zadzie i plakal. Pomarszczone dlonie Starszej Pani na swojej glowie ignorowal i po minucie koncertu wracal do przerwanej czynnosci. Zagadka? Mysli kolataly w glowie Starszej Pani. - Moze mu przejdzie. Jeszcze ludzie pomysla, ze jest nieszczesliwy - zwierzala sie znajomej od Yorka, z ktorym Bumerang zwykl sie bawic.
Tajemnica rozwiazala sie przed swietami. Bumerang zawyl jeszcze dwa razy, po czym przestal i zmienil swoje zachowanie. Ktoregos przedswiatecznego dnia Starsza Pani, tym razem ona w pospiechu przed przygotowaniami, zabrala psa i schodzac, natknela sie na sanitariuszy. Dwoch roslych mezczyzn wchodzilo do mieszkania Pana Ryszarda. Starsza Pani przystanela, ale Bumerang pociagnal smycz i zeszli. Po kilku dniach na drzwiach klatki schodowej Starsza Pani przeczytala o smierci Pana Ryszarda.
[*]
wtorek, 24 listopada 2015
Bumerangowe przygotowania do zimy
- Nareszcie nie bede musiala Cie czesac kazdego dnia - mowila, odkladajac juz i tak wyszczerbiona szczotke na "psia" polke. - I tak tego nie lubisz - smiala sie, patrzac na swoje psisko.
Bumerang rzeczywiscie zmienil sie nie do poznania. Nagle dostal wilczego apetytu i sprzatal smakolyki z miski z szybkoscia mysliwca bojowego. Jadl juz nie raz, dwa razy dziennie, ale domagal sie podstawienia miski takze wieczorem. Wtedy lakomie pochlanial ulubione parowki i sucha karme. Spal tez duzo dluzej niz zazwyczaj i budzil Starsza Pania pozniej, aby wyjsc na poranny spacer. Po kazdej promenadzie zreszta jadl i kladl sie spac, przeciagle mruczac. Starsza Pani cieszyla sie z tej zmiany:
- Dziadku, zmeczyles sie juz zabawami z suczkami i szykujesz sie do snu zimowego? - glaskala grzbiet swojego ulubienca. Bumerang dostal srebrnego, obfitego podszerstku. Bardzo przyjemnie bylo dotykac tego miekkiego puchu. A jeszcze przyjemniej bylo psine ogladac. Dotychczas raczej smukly i koscisty, Bumerang powiekszyl swoje rozmiary co najmniej o dwa numery! Kiedys nie lubiacy dotyku w okolicach zeber, teraz dal sie zaczepiac i tarmosic - tyle bylo puchu na jego skorze! Tylko spacery byly krotsze, pies nie wyciagal Starszej Pani na dlugie ekskapady. Zmoczone futro, zziebniete lapy prowadzily go prosto do cieplego domu. Starsza Pani nie oponowala. Trzeba sie przeciez przygotowac do zimy. Wtedy Bumerang bedzie w swoim zywiole.
sobota, 12 września 2015
Sny Bumeranga
Za kazdym razem przypominalo to rytual. Najpierw pies krazyl wokol swojego legowiska, potem grzebal przednia lapa, drapal w posadzke, po czym przywykla do ciszy Starsza Pani slyszala przeciagle mruczenie i westchnienie. Niczym pluszowy mis z pozytywka w serduszku, Bumerang zasypial.
Czasem az Starszej Pani przykrzyla sie ta cisza, kiedy Bumerang nie przybiegal i nie zagladal jej w talerz (nie wiedziec czemu szczegolnie lubil ciasteczka wszelkich odmian), nie lasil sie, aby go popiescic albo podrapac po brzuchu. Na dobrych kilka godzin przepadal w swoim swiecie i nawet wejscie listonosza z emerytura czy odwiedziny kolezanek Starszej Pani nie przerywaly tej psiej komy. Czasem tylko wyraznie cos mu sie snilo i wtedy przewracal oczyma, drgaly mu lapy i popiskiwal cicho.
Tego dnia jednak Starsza Pani sie zaniepokoila. Pies lezal za jej fotelem, ukryty za firanka i wyraznie drapal lapami o posadzke. W koncu zaczal wyc, a jego cialo dostalo konwulsji i wydawalo sie, ze albo pies sie o cos uderzyl, albo cos go boli. Kobieta poderwala sie ze swojego fotela i szybko znalazla sie przy ciele psa.
- Bumerang! Obudz sie! - szturchala lekko psie lapy.
Pies jak nie odskoczyl od niej w przestrachu. Na szczescie nie bylo po drodze zadnych wystajacych kantow ani przedmiotow, o ktore mogl zawadzic.
Starsza Pani przestraszyla sie reakcji psa i wstala z kleczek.
- No co, nie poznajesz mnie ? - Juz miala odejsc, kiedy pies odzyskal swiadomosc.
Wtedy przylgnal do niej i zaczal pieczolowicie lizac zaglebienie jej dloni.
- No juz dosc piesku, dosc. Co ci sie snilo?! - staruszka oparla sie o porecz kanapy. Ale nie przestawala glaskac lba Bumeranga.
W koncu pies poszedl za Starsza Pania do kuchni. Staruszka miala tam ukryte smakolyki. Siegnela po zawijane, dwukolorowe miesne przekaski, ktore pomagaly starszym psom utrzymac zdrowe uzebienie. Pies jednak wcale nie chcial ich tknac. Patrzyl tylko na staruszke i za wszelka cene chcial lizac jej dlon. W koncu Starsza Pani dala za wygrana. Wrocila do salonu i swojej przerwanej lektury. A kiedy usiadla, pies spoczal u jej boku, spogladajac co chwila, czy ona na pewno jest przy nim.
-Jak dobrze, ze to byl tylko sen - powtarzala Staruszka, usmiechajac sie do Bumeranga.
niedziela, 30 sierpnia 2015
Bumerang i babie lato
W domu Starszej Pani nastapilo ozywienie. Malo aktywny w czasie suszy Bumerang domagal sie spaceru juz od wpol do siodmej. Zaprzyjazniona "ciocia" Bumeranga, wyprowadzajaca psa w czasie rekonwalescencji Starszej Pani nie mogla sie nadziwic jego niesubordynacji. Pies zbiegal po schodach w pospiechu, czekal, az kobieta uchyli drzwi i wybiegal, nie zwracajac uwagi na dlugosc smyczy, prosto na wiechcie trawy w poszukiwaniu zapachow.
- Jak to sezon cieczek? - niedowierzala Starsza Pani, kiedy zdyszany Bumerang usadawial sie w przedpokoju do czyszczenia lap. Staruszka brala zazwyczaj kawal szmaty nasaczonej woda i delikatnie muskala psie lapy, aby pozbyc sie kurzu albo piachu - jak Ty sie zachowujesz? - grozila palcem z usmiechem.
Bumerang jednak nie zmienil zachowania podczas popoludniowego spaceru po parku, skakal zywo na kupy lisci walajacych sie przy drodze, interesowala go kazda kepka trawy nasaczonej eliksirem. Bywaly momenty, kiedy pies dostawal amoku. Mial nozdrza wypelnione zapachem, ale w oszolomieniu unosil leb do gory, niejako szukajac proweniencji tego fantastycznego narkotyku. Starsza Pani nie probowala odciagnac ciezkiego lba. - Niech niucha - jest taki silny, a ja nie moge ryzykowac upadku - mowila zaprzyjaznionym.
Pies wiec, caly umorusany w piachu, pyle, ze zdzblami trawy w siersci, pod koniec spaceru spowalnial kroku i wcale nie chcial isc do domu. Przystawal przy trawach, gdzieniegdzie niuchajac i spogladal na Starsza Pania. Staruszka na prozno probowala przemowic mu do rozumu. Glaskala, ciagnela delikatnie w strone domu. Pies ani drgnal. Trwal tak kilka minut, po czym, na nowo upojony zapachem, pozwalal sie prowadzic do dobrze znanych rewirow, naturalnie w swoim powolnym tempie. Bo kto chce wracac ze spaceru do domu?
środa, 5 sierpnia 2015
Bumerang i troska Starszej Pani
- Bumek, musimy przeczekac. - dotknela metalowej krawedzi balkonu i natychmiast wycofala reke z niemalym zdziwieniem.
Wrocila do swojej przerwanej krzyzowki, ale Bumerang nie dawal jej spokoju. Mial swoja pore wyjscia na spacer i nic nie moglo mu jej zaburzyc. Ten pies byl po prostu wyposazony w wewnetrzna busole, ktora bezblednie prowadzila go w meandrach czasu i przestrzeni. Podal Starszej Pani lape. Starsza Pani rzucila zdawkowe:
- Za goraco, i pochylona nad krzyzowka, z niedolaczna lupa w dloni, wpisywala kolejne brakujace litery do podanych hasel.
Bumerang sie niecierpliwil. Podawal druga lape. Starsza Pani uparla sie nie zauwazac psiej obecnosci. Powtarzala wciaz, ze jest goraco i tyle.
Pies zaczal wiec biegac w te i z powrotem i szczekac. To poderwalo Starsza Pania na dobre. Przygotowala wiec kubelek z woda, zalozyla obroze i smycz i ostroznie zeszli z Bumerangiem na zewnatrz.
Kiedy przechodzi sie przez podworka waskimi chodnikami, nie odczuwa sie skwaru odkrytych przestrzeni. Trotuary otoczone sa wierzbami i miniaturowymi sosnami, a przesmyk miedzy jednym, a drugim blokiem jest niewielki i przebiega w zasadzie przez ok. kilometr w cieniu. Ale zeby dostac sie do parku - ulubionego miejsca popoludniowego spaceru Bumeranga, trzeba przemierzyc 500 m chodnika w pelnym sloncu. Bumerang wiec z poczatku ciagnal klusem przez rozpalone plyty, ale kazdy dotyk poduszek o kamienie byl jak spacer po rozgrzanej brytfannie.
- A nie mowilam? Chodz piesku, musimy sie ukryc - Starsza Pani znalazla na trasie duzy krzew w trawie. Bumerang skakal z lapy na lape, skomlac z cicha. Starsza Pani polewala lapy woda i zraszala srebrzysty pysk zwierzecia. I tak co kilka metrow zatrzymywali sie w trawie, zeby w koncu dotrzec do przejscia dla pieszych.
Zapach mieknacego asfaltu byl nie do zniesienia. Pies puscil sie przodem, byle tylko dotrzec do traw. Starsza Pani, niemal biegnac, wylewala nieopatrznie wode z kubelka. W trawach byli bezpieczni - kilka susow i Bumerang szusowal po zagajniku i zapomnial o udrece. Starsza Pani patrzyla na psisko z luboscia, deliberujac:
- A moze trzeba Ci kupic buciki, zeby juz Cie nie pieklo? Tylko Ty nie lubisz niczego, co jest Ci narzucone. Jakzes prostestowal i plakal, jak zakladalysmy Ci szelki. I zakup na marne. Taki z Ciebie wolnosciowy pies.
Bumeranga juz nie bylo. Caly stal sie swoim instynktem i ciagnal w strone niewielkiej, legowej doliny, gdzie zwykle po deszczach pozostawalo bloto. Alez lubil w nim odpoczywac! Teraz tez nie przepuscil okazji, zeby sie w nim zanurzyc. Ku udrece Starszej Pani i jej dywanow.
sobota, 4 lipca 2015
Bumerang i szczescie powszednie
- Wybacz, piesiu, ze tak czekasz. Babka wyprowadzi Cie na dlugi spacer. Musisz sie wybiegac.
Pies podawal Starszej Pani lape, aby mogla zalozyc obroze i smycz. Tak komunikowal sie z ludzmi kiedy wiedzial, ze czeka go cos dobrego. Albo kiedy zbroil i chcial przeprosic. Mlodsza Pani widziala w tym nawyk schroniskowy. Pies bywa tam czasem maskotka, ktora uczy sie prostych zachowan. Bumerang jednak przyswoil sobie podawanie lapy do wszystkich zachowan, ktore mialy tez sugerowac prosbe. Bo kiedy zostal jeden, jedyny raz zostawiony przed sklepem i przywiazany do slupa (Mlodsza Pani zajrzala tam, aby kupic kawe i obiecala psu, ze bedzie za kilka minut), podawal lape w gescie: "nie zostawiaj mnie, prosze".
Stopy Starszej Pani nie chcialy jeszcze poruszac sie z dawna lekkoscia. Ale Bumerang, zwlaszcza po swojej ucieczce, widocznie skruszal i nie ciagnal juz tak gwaltownie w kierunkach sobie tylko znanych. Byl nad wyraz spokojny, prowadzal sie dostojnie i zatrzymywal wtedy, kiedy smycz byla napieta. Teraz co prawda linka miala regulowana dlugosc (poprzednia smycz zostala z psa zdjeta w niewyjasnionych okolicznosciach, przepadla tez obroza), i dawala Bumerangowi kilkumetrowe pole manewru, ale i ona miala swoje granice. Pies zatem nie brykal w poszukiwaniu zapachow, szedl raczej powoli, ogladajac sie na Starsza Pania, czy ona za nim nadaza i gdzie jest. Wydawal sie pogodzony ze swoim stanem starzejacego sie psa i wrocil do swoich dawnych zwyczajow. Starszej Pani tez to odpowiadalo, bo miala na przyklad ochote usiasc na lawce, polozonej na uboczu zolnierskiego cmentarza. I Bumerang po kilku spacerach sam ja do niej prowadzil. A kiedy sie tam znajdowali, dostawal pic i przed niemaly kwadrans wylegiwal sie na trawie, smakujac polnych trawek i ziol. Pozwalal sie tez wyczesywac i spogladal leniwie na odlatujacy puch, unoszacy sie nad cmentarzem jak spadochrony dmuchawca.
Wrocila monotonia tych dni, ktore wraz z nadchodzacym latem rozleniwialy psa i Starsza Pania. Tak mialo byc, powtarzala staruszka, wyczesujac niesforne kleby siersci Bumeranga. - Teraz, kiedy jestes znow z nami, nie w glowie Ci przygoda. Ale uspokoiles sie i chyba Ci dobrze z nami, co? pytala.
Bumerang przymykal oczy.
niedziela, 21 czerwca 2015
Bumerang i choroba Starszej Pani
- Nie moge chodzic. Przyjedz - wylkala to ostatnie slowo, patrzac zalosnie na szalejacego Bumeranga. Pies powinien od godziny przynajmniej byc na porannym spacerze. Wszystkie jego funkcje miesniowe zwrocone byly na wytrzymanie kolejnych kilkudziesieciu minut, do momentu przyjazdu corki Starszej Pani. Na szczescie, corka przyjechala bez zwloki.
Nie wiadomo bylo, co stalo sie z cialem Starszej Pani. Bumerang probowal lizac stopy, dlonie kobiety, ale nie udalo sie ich wprawic w ruch. Pani co prawda miala czucie w czlonkach, ale bardzo bolal ja kazdy ruch i miala wrazenie sztywnosci miesni. Pstryk - miesnie z dnia na dzien przestaly wykonywac swoje zadanie.
- Biedny piesku, kto teraz bedzie z Toba wychodzil? - glaskala glowe Bumeranga, kiedy pierwsze leki przeciwbolowe zaczely dzialac. Musi Cie zabrac twoja Pani. Ale przeciez Ty jestes staruszkiem, jak babka - dodawala, usmiechajac sie gorzko. Bumerang muskal ja wtedy swoim nosem, domagajac sie wiecej pieszczot. Moze to sprawi, ze cialo Starszej Pani wyzdrowieje?
Kiedy tego dnia po poludniu Starsza Pani zostala odwieziona taksowka do szpitala i przyprowadzona przez corke do gabinetu lekarza pierwszego kontaktu, ten, po przeprowadzeniu krotkiego, rutynowego wywiadu, zapytal:
- Jesli wyraza Pani zgode, mozemy Pania zatrzymac w szpitalu?
- No skad, Panie doktorze, a kto bedzie wychodzil z psem? Ja opiekuje sie psem wnuczki, ktora mieszka za granica. Pies sam sobie nie poradzi - naciskala.
- Jak Pani chce, przepisalem dosc mocne leki.
- Mam corke, rodzine, oni sie mna zajma - uciela krotko Starsza Pani.
Glaszczac po glowie Bumeranga, wciaz powtarzala, ze zrobila blad. Bole nasilaly sie zwlaszcza noca tak, ze rano nadal miala klopoty ze wstawaniem. Dobrze, ze wlascicielka Bumeranga zmobilizowala swoich znajomych i przyjaciol do pomocy. Odzew byl szybki i serdeczny. Bumerang nie byl juz sam, mial kilka osob do wychodzenia na spacery. Stan Starszej Pani musial sie przeciez poprawic, ale jej starcze cialo potrzebowalo absolutnej regeneracji. Pies wiec muskal nosem dlonie kobiety, jakby mowil: - nie martw sie, bedzie lepiej. A teraz mnie poglaszcz.
Ale chyba i on poczul, ze jego szczesliwa egzystencja jest zagrozona. Do domu przychodzili coraz to nowi ludzie. Byli dla niego dobrzy, zyczliwi. Brali go na jego stale spacerzy do parku, krazyli po znanych mu miejscach na osiedlu. Jednak pies nie potrafil przyzwyczaic sie do zmian i jego pysk nie mial juz tego wyrazu satysfakcji, jak przedtem. Bumerang smutnial, tracil rezon. Spacerowal powoli, czesto wlokac swoje cztery lapy za nowymi panami i paniami. Byl przy tym grzeczny, niewidoczny. Jak nie Bumerang...
Po kilku miesiacach terapii lekami, Starsza Pani zaczela odzyskiwac sprawnosc. Lekarz nie kryl zadowolenia. Starsza Pani zaczely jednak nachodzic watpliwosci. A co, jesli choroba wroci i bedzie, jak na poczatku? Zapytala wtedy lekarza:
- Czy opieka nad psem nie pogorszy mojego stanu zdrowia?
- Prosze Pani...- lekarz potrzebowal namyslu. - Dla Pani spacery z psem to najlepsza rehabilitacja. Prosze z tego nie rezygnowac.
Tak Starsza Pani nie stracila wiary w Bumeranga. I pomalutku, na ile potrafily jej miesnie, zaczela krotkie, potem coraz dluzsze spacery. A Bumerang odzyskal wigor.
sobota, 30 maja 2015
Bumerang i ucieczka
- No i jak? Bierzemy parasol? - zapytala Bumeranga.
Pies podawal jej lape na znak, ze chce isc na spacer. Biegal wokol drzwi i wracal do Starszej Pani, ktora, jak to miala w zwyczaju, niespiesznie przygotowywala sie do wyjscia: nalewala wody do kubelka po twarogu, ktory teraz sluzyl Bumerangowi do picia, ubierala plowy kardigan i nylonowa chustke, wsuwala z uwaga pantofle i na koniec wprawnie nakladala obroze ze smycza na pysk zwierzecia.
Przeszli kilka kilometrow. Najpierw Starsza Pani zabierala Bumka na spacer wokol przestronnego parku, ktory powstal jako dowod przyjazni polsko-radzieckiej. Jedna czesc - dzika - byla rajem dla wszystkich czworonogow i ich wlascicieli. Skladala sie z kilka zagajnikow przedzielonych alejami i glownej arterii wylanej asfaltem. Prowadzila wprost na jeszcze wieksze i bardziej malownicze Pola Mokotowskie. Druga czesc - ta oficjalna - przypominala otwarty obiekt wojskowy. Postawiono mauzoleum upamietniajace zolnierzy Armii Czerwonej, po obu stronach wydzielono alejki, prowadzace do zapuszczonego polnego cmentarza. Gdzieniegdzie ktos kladl sztuczne bukiety i kolorowe wience. Cmentarza strzegl we dnie i w nocy policyjny radiowoz. Psom na teren drugiej czesc parku wzbroniono przychodzic.
Bumerang uwielbial myszkowac w trawach i znikac w zagajniku smuklych, rachitycznych jodel. Potem szli ze swoja Pania piaszczystymi alejkami, gdzie witaly ich znajome psy, pozdrawiali biegnacych i mamy z dziecmi. Bumerang mial w zwyczaju zagladac do wozkow i stykac swoj nos z nosem malych dzieci. Zadna ze stron nie protestowala.
Po obejsciu parku Starsza Pani zazwyczaj wracala ta sama sciezka do domu. Sciezka, porosnieta topolami i mikro-debami, konczyla sie na ruchliwej ulicy, ktora samochody i komunikacja miejska jechaly z lotniska. Tam zwykle Bumerang przystawal i przygladal sie odjezdzajacym autobusom. Tego popoludnia jednak zapomnial o rutynie.
Stanal jak wryty na przejsciu dla pieszych i pociagnal Starsza Pania na lewo - w strone alejki pewnego zamknietego osiedla. Ten pas zieleni pokryty krzakami rozy sluzyl Bumerangowi do szybkiego marszu ze swoja mlodsza Pania. Zapewne Bumerang pamietal te ekskapady i, szarpiac mocno smycza, wymknal sie swojej leciwej opiekunce. Smycz powedrowala razem z psem w strone budek ochrony osiedla. Starsza Pani nie mogla nadazyc za znikajacym Bumerangiem. Wolala, machala na przechodniow - na prozno. Bumerang przepadl miedzy blokami.
niedziela, 3 maja 2015
Bumerang i sekretne miejsca
- Ile mozna sprzatac! Co dwa dni szoruje dywany szmata, a i tak jego siersc wychodzi klebami. Co to za praca - mawiala i wymachiwala przed Bumerangiem scierka.
Pies nic sobie z tego nie robil. Tak jak wybral sobie miejsce za fotelem na swoje legowisko nocne, tak kladl sie tam kazdego dnia o tej samej porze, mruczac przeciagle.
Inne jego legowisko bylo przed telewizorem, wzdluz kanapy Starszej Pani, o dwa susy od balkonu. Dawalo mu dostep do swiezego powietrza, kiedy na balkonie bylo zimno, a w lecie orzezwialo przyjemna bryza. Tam pies skradal sie w srodku nocy, czasem nawet otwieral sobie lapa drzwi balkonowe i spal na zewnatrz do samego rana.
W drugim pokoju, kiedy jeszcze jego Pani byla z nim, upatrzyl sobie miejsce pod stolem. I tam towarzyszyl swojej wlascicielce w ciagu dnia. Kiedy zas ta wyjechala, przestal zagladac do drugiego, wagonowatego pomieszczenia. Starsza Pani zamknela wiec drzwi i otwierala je tylko na specjalne okazje. A pies wybral nowe miejsce - podloge kuchni. Przyjemnie zimna, oblozona linoleum. Wygladal w tej mikro-przestrzeni jak pan na wlosciach, lezal bowiem zupelnie na srodku pomieszczenia. To naturalnie przeszkadzalo Starszej Pani:
- Przesun sie, bo babka gotuje - mawiala, machajac swoja prawica, co psa ruszalo o tyle, ze ustepowal miejsca i...wracal nieopodal. - Nie tu, nie tu, do przedpokoju - komenderowala Starsza Pani.
Chcac nie chcac Bumerang odchodzil, lapiac zapachy gotowanego miesa i ukladal sie w przedpokoju. Mial jednak na oku przygotowania do obiadu, a nuz Starsza Pani podrzuci jakas kosc albo kawalek miesa. Patrzyl swoimi skosnymi, bursztynowymi oczyma na wciaz wprawne rece Starszej Pani i byl gotowy do szybkiej reakcji. - Chlup - w podskokach chwytal rzucany kawalek i uciekal z nim do swojej stolowki, chowajac sie przed Starsza Pania. Miescila sie ona u wejscia do pokoju dziennego, na malym, welnianym dywaniku. Starsza Pani z poczatku przeganiala go ze "stolowki", ale potem dala za wygrana.
- No pochrup sobie - mawiala z sympatia, a potem przychodzila sprawdzic, w jakim stanie Bumerang pozostawil stolowke. I znow w ruch szla nieodzowna, szara scierka. I znow Starsza Pani narzekala na brudne dywany, usmiechajac sie do ladaca.
Co jak co, Bumerang i jej skradl serce.
sobota, 17 sierpnia 2013
Bumerang i Starsza Pani
Starsza Pani wcale nie chciala psa w swoim domu. Miala dosc klopotow z niesforna wnuczka i jeszcze wiecej z siostra starsza od siebie o 8 lat.
Ta pierwsza ciagle gdzies gnala. Zamiast byc wierna jednej pracy, zmieniala je rok w rok. Albo miala kilka jednoczesnie. Nie radzila sobie finansowo, a wkrotce do jej mieszkania w innym miescie, gdzie byl i Bumerang, zaczely przychodzic listy od banku, ze je niedlugo straci. Starsza Pani wiec pomagala, ile mogla, a kiedy i to okazalo sie niewystarczajace, dala swoje blogoslawienstwo i odkladala sluchawke telefonu. Nie bylo mowy o przygarnieciu wnuczki!
Druga kobieta byla ze Starsza Pania dzien w dzien. Telefonowala, nachodzila. Kradla cukier, sol, demolowala szafe z ubraniami, psula zamki i zawiasy. Byla bardzo szkodliwa i Starsza Pani za wszelka cene chciala ja przylapac na goracym uczynku. Ale jej siostra byla bardzo sprytna. Wchodzila do domu staruszki niepostrzezenie, zawsze kiedy tamtej nie bylo. Rozsypywala swoje magiczne proszki i rzucala na dom Starszej Pani urok. Miala dostep nawet do kontaktow telefonicznych i nekala opowiesciami o rodzinie Starszej Pani jej kolezanki i dalszych krewnych. Byla po prostu nieznosna!
I jak w takim domu mialby znalezc sie jeszcze pies? Starsza Pani odkladala sluchawke takze podczas rozmowy na temat Bumeranga. W koncu jej corka, po ktorejs probie, zdolala przekonac Starsza Pania do przechowania wnuczki i jej psa w swoim domu.
Ale relacja byla trudna. Starsza Pani nie chciala slyszec o tym, aby "ten brudny pies" przebywal u niej w pokoju. Pierwsze tygodnie Bumerang lezal wiec w malym pokoju, ktory przypominal swoimi wymiarami wagon pociagu towarowego. A jego Pani korzystala ze stolu, ktory stal sie jej biurkiem pracy. Maly pokoj zas - byl od teraz jej gabinetem i sypialnia dla obojga.
Powoli jednak to wychudzone, szaro-czarne psisko zaczelo fascynowac Starsza Pania.
- Dlaczego on nie szczeka? To strasznie spokojny pies. Ja lubie takie male, jazgotliwe pieseczki. Ten jest mrukiem. Tylko spi i na spacer by chcial wychodzic - mowila wnuczce, kiedy zagladala do ich pokoju.
Jak Bumerang to zrobil, ze w koncu podbil jej serce? Pewnie troche przez swoj brak apetytu. Starsza Pani polozyla krzyzyk na chudej wnuczce, ale pies dawal sobie wiecej wmusic. Parowki, pasztetowa, salceson. Kurze skorki, pokruszona bulka dawana z reki - stopniowo Bumerang nabieral ochoty na jedzenie i jego wymeczone po schronisku jelita nie oponowaly. Starsza Pani zobaczyla w nim stworzenie, ktoremu nalezy pomoc i ktore moze ochronic ja przed nieproszonymi wizytami jej siostry. Wiec znajdowala wiecej frykasow, jezdzila po specjalna karme do sklepu zoologicznego, kupowala przekaski na zeby. A Bumerang rozszerzal swoje pole panowania. Az w koncu mogl sypiac u nog Starszej Pani i wychodzic na balkon w jej pokoju. Taki byl sprytny.
sobota, 24 listopada 2012
Bumerang i choroba
Potem zwykł długo odpoczywać. Starsza Pani mawiała:
- I co teraz? Znów przez dwa dni nie będziesz jadł? A kto wymiotuje na spacerze, że aż ludzie się oglądaja? Komu burczy w brzuchu całe noce? - droczyła się z nim.
Pies zdawał się patrzeć na starszą panią, jakby chciał powiedzieć, że nie czuje się dobrze, ale już tak jest...Czasem jęczał przez sen, czasem zrywał się i dobiegał do starszej pani. Tym razem jego oczy mowiły: spacer, potrzebuję natychmiast wyjść!
Starsza Pani chcąc nie chcąc ruszała z psem wokół osiedla. Bumerang zaczynał wtedy nie od obwąchiwania drzew, ale od jedzenia trawy. Każde źdźbło mogło przeczyścić ściśnięty żołądek. Czasem wyrywał się ze smyczy do zbutwiałych liści albo liści jałowca rosnącego nieopodal domu starszej pani. Potem już tylko siadał, prowokując wymioty. Jego pysk wydawał się wtedy starszy, siwe wąsy poruszały się rytmicznie wraz ze skurczami żołądka. Czasem aż pies zamykał oczy...
Znajomy weterynarz badał psa. Ale ani USG, ani ogólne badanie psiej krwi nie wykazywaly nieprawidłowości. Żołądek - w porządku. Jelita - w porządku. Wątroba - w najlepszej kondycji. Jelito grube też w normie. Krew zdrowego psa. Młody, lekko zgarbiony mężczyzna wzruszył ramionami: on tak ma po schronisku. Wtedy zapewne długo nie jadł, a jak jadał, rzucał się na jedzenie. To nawyk. Te psy nie jedzą, dopóki nie przyjdzie do nich ktoś, kto je wyprowadzi na spacer. Potem, z przejedzenia, jelita odmawiają posłuszeństwa a żołądek przypomina balon, który trzeba wyczyścić. Bumerang musi jeść mniejsze porcje, a częściej. A jak nie zechce...niech je, jak chce - lekarz głaskał psa po głowinie.
Bumerang więc co drugi dzień jadł trawę, wymiotował, a potem rzucał się na jedzenie z pasją szczeniaka. I w mgnieniu oka wracal do kondycji wąchacza drzew, kokieteryjnego Casanovy i psa z niespożytą energią.
poniedziałek, 5 listopada 2012
Bumerang i zapach
Hałas pod drzwiami budzi starego huskye’go. Ale nie wstaje, kiedy w pokoju ktoś się pojawia. Może to być listonosz z emeryturą, nowa lokatorka starszej Pani albo jakiś domokrążca nakłaniający do kupna swoich produktów.
Starsza Pani wie, że do tego psa dociera niewiele dzwieków. Dlatego woła i klaszcze w dlonie:
-Bumek, Pani wróciła, Bumek!!!
Pies jakby ożywa. Wstaje powoli, przeciąga się i otrząsa z letargu. Jego oczy zmieniają wyraz, ogon unosi sie do góry i cielsko psa wprost kładzie się u stóp nowo przybyłej. Nareszcie czuje, rozpoznaje, jak wiele miesiecy dom był bez tego zapachu.
Bumerang kładzie sie nieopodal Pani na dywanie, podając łapę, jakby Pani zniknęła tylko na chwilę. Jest w nim lęk, żeby nie zostać porzuconym, bo kiedy tylko Pani sie oddala, natychmiast wstaje, napiera na jej dłonie, aby go głaskać, pieścić i być przy nim. Dociera za nią nawet do łazienki. A kiedy Pani z trudem zamyka drzwi, Bumerang waruje, spogladąjac na jej stopy. Jeśli sie ruszą, zrobią choć jeden krok, pies natychmiast im wtóruje, łapa przy łapie. Nie daje za wygraną. Nareszcie odnalazł swój ukochany zapach.
wtorek, 9 sierpnia 2011
Bumerang i lato
Psy odczuwają upał, ale zwycięża w nich instynkt spaceru. Domagają się wyjścia na dwór czy to deszcz, czy skwar. Nie inaczej jest z Bumerangiem. Termometr bezlitośnie wskazuje 30 stopni. A mimo to pies popiskuje, podaje łapę lub trąca nosem swojego ociągającego się właściciela. Wystarczy tylko dopiąć smycz do obroży i czarny futrzak wesoło zeskakuje z wirujących stopni gomułkowskiego bloku prosto na trawę.
Mija 10 minut. Werwa Bumeranga ulatuje wraz z ciepłym powietrzem. Łapy przebierają w powietrzu coraz wolniej, z pyska wystaje język jak szynka do marynowania na ruszcie. Ostatnie podrygi to w zasadzie wybór miejsca na leżenie. I wreszcie pada, majestatycznie, z pomrukiem. Najpierw opada do warowania, potem, w miarę odpływu sił, pokłada całe swoje włochate ciało na chodnik, dysząc z lekka. Doskonale kontrastuje z zielenią żywopłotów tuż za swoim grzbietem, czerwienią płytek chodnikowych i bielą pobliskich budynków. Nic nie jest go w stanie ruszyć z przyjemnej siesty. Nic oprócz człowieka.
Zwykle porusza starszych ludzi. Jakby mieli współczucie dla odmawiających posłuszeństwa nóg, załamania zdrowia, czy zwyczajnie dolegliwości podczas upału. Podchodzą, wyciągają ręce, czasem w ich torebkach znajdzie się nawet woda. Bumerang wody nie chce, odwraca się jednak i próbuje powstać na widok wyciągniętych ku niemu rąk.
-Piesiulku, co ci. Piesinko biedna - mówią.
Bumek dźwiga się nareszcie z łap, z tą samą miną, z jaką wychodził na spacer i jest stanie przejść jeszcze kilka, kilkanaście metrów. Po tym dystansie znów pada w oczekiwaniu na wizytę kolejnej starszej osoby. A jeśli temperatura pozwala, wówczas, oszołomiony i powolny, skręca na schody do klatki schodowej. Szynka wystaje z paszczy, oczy przymykają się. Instynkt był silniejszy, ale pewnie Bumek wiele by dał za toaletę, aby nie musieć wychodzić albo duży ogród, gdzie można i spacerować, i leżeć, i psocić, i nastraszać wróble i gołębie. A ma tylko lichy balkon pół metra na pół metra i kręte, wijące się schody na 2 piętro. Zawsze jednak zwycięża spacer. I przyjemność łażenia na uprzęży, rozkosz każdego husky'ego.
piątek, 10 czerwca 2011
Bumerang i oddanie
Nie widział Pana od miesięcy. Czy był drżący, bardziej zamyślony, milczący? Jasnorzewska mogła mieć coś na rzeczy, bo na spacerach Bumerang wypatrywał dużych, terenowych samochodów, mężczyzn "przy kości" i o mocnym chodzie. A to chciał wskakiwać do terenówek na tylne siedzenia, a to patrzył smutnym wzrokiem z nastawionymi, wilczymi uszami na właścicieli tych pojazdów. A to wreszcie rozpoznawał znajomy zapach, jeśli jego Pan był w pobliżu.
Ale Pan nie zjawiał się obok niego. Mijały miesiące i wydawało się, że Bumerang zapomniał, co znaczy mieć Pana. Zgodnie z tym, co mówią "spece" od zwierzęcej psychologii, powinien o człowieku, który go wywiódł ze schroniska nie pamiętać już po 3 miesiącach. Miał dwie kochające właścicielki, które go karmiły frykasami, rozpieszczały na spacerach i dawały dowody nieskończonej czułości. Wystarczył jednak głupi terenowy samochód i pies wariował.
-Trzeba Ci będzie sprowadzić albo nowego Pana, albo zobaczyć się ze starym - wywnioskowała w obecności Bumeranga jego młodsza Pani.
Zaprowadziła go więc na parking, gdzie za chwilę podjechał czerwony samochód w typie gruchota. Bumek nastawił uszy, a po chwili całe jego ciało mówiło: JEST MÓJ PAN! Skakał na szybę przednich drzwi, byle tylko mieć kontakt ze swoim ukochanym człowiekiem. Lizał pooraną twarz, podawał łapę. Na koniec wskoczył na tylne siedzenie steranej Toyoty i dalej okazywał czułość kierowcy. "Spece" od zwierzęcej psychologii mogą powiedzieć: przywiązanie, jak u psa. Ja jednak dawno nie widziałam tylu dowodów miłości, co przez 5 minut spotkania Pana i swojego psa.
I to dowodów dawanych niemal jednostronnie, bo Pan wysiadł z samochodu tylko na chwilę, żeby potem odjechać i zostawić Buma na parkingu. Czy nastąpi kolejne takie spotkanie, tego Bumerang się nie dowie. Jedno jest pewne - pies musi mieć Pana.
niedziela, 10 kwietnia 2011
Wybiegi Bumeranga
Jego Pan pobiegł za nim, ale po kilkunastu minutach wrócił. Psa nie ma. Chude ciało wilczego arystokraty tylko migało między drewnianą chałupą, a stodołą. Aż wreszcie znikło całkowicie. Potem nagle z ciemności krzaków wyłoniły się zielone, przerażone oczy. Podchodził ostrożne do swojego pana, a kiedy ten wyciągnął rękę, po prostu złożył pysk na jego dłoni. I potulnie dał sobie nałożyć kolczatkę, podając prawą łapę na znak przeprosin.
Jego natura jednak co i rusz dawała o sobie znać. Kilka miesięcy później biegał po lesie razem z zaprzyjaźnioną suką. Ta ciągle go prowokowała. Jak nie złapie go za ucho albo pysk, jak nie skoczy na zad. Warczał ostrzegawczo, ale wodzić i tarmosić się dawał. W końcu mała wilczyca powaliła go na darń, zadarła obiema łapami kolczatkę i odbiegła radośnie, jakby zdawała sobie sprawę, jaki psikus zrobiła.
Bumerang dostał nieoczekiwaną wolność. W mgnieniu oka wstał, wykręcił w polną drogę i znikł za zaroślami. Wokół niewielkiego zagajnika były tylko pola, kilka rozrzuconych chałup i okólnik, gdzie akurat biegały cztery klacze. Pies wybrał wydeptaną ścieżkę i dotarł do stajni. Biegał tam bez celu, bo zamknięte drzwi nie dały się uchylić. Z okienek wystawały tylko ciekawie łby końskie. Bumek wrócił więc znów na polną drogę.
I nagle był nie do poznania. Uszy położył po sobie, nie patrzył na właścicieli, nie słuchał wołania. Czysta dzikość. Pobiegł galopem wprost na klacze. Chwila napiętego oczekiwania i...Bumek kłusował z czterema kasztanowymi końmi gospodarskimi! Zrobił z nimi dwa okrążenia, po czym przybiegł z powrotem do właścicieli. Znów dał sobie pokornie nałożyć smycz i obrożę, pomny, że jednak ktoś musi go karmić. Dzień w dzień jednak chodził do koni i siadał, wyciągał łapę albo skakał na ogrodzenie, dotykając chrap klaczy. A one pozwalały mu na wybryki, cicho rżąc. Takie miał Bumek wybryki.
czwartek, 24 marca 2011
Jak w domu znalazł się Bumerang
W boksie przywitał go chudzina z za dużą głową. I jeszcze te bokobrody. Od razu przypadł mu do gustu barczysty brunet. Wyciągał do niego pewnie swoją muskularną rękę, łapał pewnie z trociniaste bokobrody. I tarmosił. A pies oddawał mu się cały. Przed boksem zaczął skakać, przymilać się. W końcu pozwolił zapiąć pracownikowi schroniska jakąś zapasową, czerwoną smycz. I pognali do samochodu. Pracownik nie zdążył nawet zdjąć parcianej uprzęży. Pies już siedział na tylnym siedzeniu. A kiedy pracownik zbliżył się, żeby odzyskać obrożę, zawarczał przeciągle. Miał Pana i nic innego się nie liczyło. Mógł zamknąć swój smutny rozdział życia takim oto manifestem.
Pierwsze, co go spotkało w nowym domu, to mycie. Stał posłusznie. Już to przerabiał. Myją sierść, szczotkują, głaszczą. Pozwoli się więc dotykać, będzie parskał na szampon, jakim umyją jego kłaki. Będzie podawał łapy, żeby myli mu podbrzusze. Przymruży oczy, żeby za chwile wyskoczyć z białej balli na podłogę. Jeszcze jedno parsknięcie i w mgnieniu oka cały pokój aż lepi się od kropel wody. Nazywają to trzepaniem się. Jeszcze tylko suszenie puchu i znów szczotkowanie. Tego najwyraźniej nie lubi. Ucieka, zasłania łapy, żeby tylko ich nie czesać. Wreszcie jest gotów. Wysuszony i puszysty. Jak nie on. Teraz to arystokrata pełnym pyskiem.
wtorek, 31 sierpnia 2010
Pierwsze spacery Rasty
Stróż-Rasta nie mógł nauczyć się tylko jednego. Robienia na spacerze tego, co inne psy. Mijały właśnie dwa tygodnie od jego wejścia do domu. Wiedział już, że smycz zapowiada wyjście na dwór, że jest czymś dobrym. Albo jest dyscyplinką, kiedy się nabroi. Ale ojciec użył wobec niego smyczy tylko raz, kiedy Rasta wyszczerzył na niego zęby, nie chcąc zejść ze "swojej" kanapy. W każdym razie skakał, jak opętany, kiedy widział, że zbliża się spacer. Popiskiwał, bo zostało mu to w psychice, ale posłusznie schodził, łapa za łapą (z początku bał się schodów), na parter bloku.
Matka chodziła z nim zwykle wokół bloku, żeby inne psy wiedziały, że jest nowy kolega. Ale Rasta wcale nie chciał znaczyć terenu. Ruszał przed siebie chodząc jak powsinoga, luźno, jakby za nim nie było właściciela. To niuchał, to zatrzymywał się, żeby powarczeć na konkurencję. Ale nie sikał, nie mówiąc o tym drugim. Matka chodziła wciąż wokół domu, popatrywała na małego powtarzając: Rasta, sikaj i pokazywała, jak powinien to robić. Kiedy wąchał drzewo, pokazywała palcem ślad i mówiła: tu, załatw się! Dwadzieścia minut po spacerze Rasta obsikiwał dyskretnie kąty pokoju najmłodszego w rodzinie.
W trzecim tygodniu pobytu coś pękło. Rasta zaprzyjaźnił się z małym Yorkiem, który przymilnie rozpłaszczał się na asfalcie, i zrobił TO! Najpierw dyskretnie podniósł nogę, powąchał płot okolicznego parkingu i wreszcie udało mu się załatwić obie potrzeby. Radość nie miała granic. Brat pobąkiwał już o oddaniu Rasty do schroniska, bo "nie można wytrzymać", jak mu sika na podłogę. A tak, Rasta mógł cieszyć się z nowego domu i swoich możliwości przystosowawczych. Nie jest prawdą to, że starego psa nie można już nauczyć nawyków. Lotny umysł czworonoga w mig przyswoi nowe zachowania. Bez dawania smakołyków, nauki metodą Pawłowa. Swój rozum ma.
Rasta
Małe kudłate pozostało więc schowane za swoją odchodzącą Panią, spoglądając z ukosa. W końcu nie miało wyboru. Smycz została przejęta i czarny mały kudłacz musiał poddać się woli nowego Państwa.
Podobno zjawił się obok posesji rodziców przyjaciółki w jakiś lutowy dzień. Śnieżyło, wszędzie było biało, że aż samo oko bielało od tego blasku. Na termometrze temperatura pokazywała minus dwadzieścia stopni. Wiatr wiał, huczał, bo na wsi wszystko ma większą moc i czyni większe szkody. Drzewa wyginały się ze stękiem, na podwórku leżał puch po kolana. Dwie suki: niezgrabna i wredna Dzianga i wielgachna, puchata chuliganka Norka leżały pod zadaszonymi budami. Nagle poderwały się jak jeden mąż i zaczęły ujadać. Rzucały się na siatkę, gryząc ją, jakby chciały się wydostać.
Chcąc nie chcąc, Pani Beata wyszła przed dom. Co się dzieje? Znów przytargały zabłąkaną mysz? Nornicę? Wynocha psy! Natychmiast mi tu! - pokazała palcem na werandę domu.
Obie suki jednak ani myślały wrócić. Ujadały, jakby naprawdę czekały na dobry kąsek albo jakby w śniegu leżał intruz. Ale jaki, skoro nikogo przed bramą nie było? Beata wyszła w kapciach na śnieg, skacząc między zaspami i wreszcie to zobaczyła.
Czarny, niewielki pies próbował wstać. Opadł z sił na tyle, że co uskoczył i otrzepał się z puchu, to znów padał weń z piskiem. Jest wycieńczony albo chory - pomyślała wtedy Beata. Odpędziła suki, wyciągnęła rękę do małego kudłacza i zabrała go do domu. Nie był ciężki, pewnie od wielu dni nie jadł i nie był stanie dalej iść przez wieś. Może to jeden z psów Pani Potlakowej, ta przecież nie jest ich w stanie wykarmić. Ma na swojej posesji naprędce sklecone budy, a w nich kilkadziesiąt piszczących i skomlących psów. Nawet kiedy się gryzą, nie wychodzi z domu. Nie rozdziela swojej menażerii, pozwalając na ustalanie hierarchii. Przynajmniej sama tak mówi, kiedy odwiedza Beatę, żeby pożyczyć na jedzenie albo zabrać jakieś resztki dla psów i kilku kotów. Bo ostatnio też się do niej garną te marne przybłędy.
Czarny jadł, aż mu z pyska leciało. Dostał twaróg i kawałki mięsa z obiadu. Potem położył się przy kominku i zasnął. Tylko oczy mu się przewracały, popiskiwał cicho, ale chyba było mu dobrze. Beacie przychodziła tylko jedna myśl? Jaki dom mu teraz znajdę? Suki nie zaakceptują małego. Nigdy. To zabójczynie małych psów. Zazdrosne jak diabli. W domu nie może być, bo są już trzy koty. Wykręca numer córki, żeby szukała domu. Szkoda, żeby czarny trafił do schroniska. Tam przeżyłby ciężko tę zimę.
Kudłacz dostał imię Rasta. Od kołtunów na mordce, które przypominały dredy. Tyle ich było, że pies wyglądał, jakby wyszedł od psiego fryzjera, który pomylił go z pudlem. Czesać tego nie było sensu. Kłaki zostały więc na czerepie psiny, dodawały mu figlarnego uroku.
Pierwszy dzień był walką. Nie chcieliśmy psa. Po odejściu Amiego minęły trzy lata, ale ciągle był w pamięci rodziny. Ojciec chodził po domu i klął: po co nam pies? Matka miała miększe serce i od razu nakarmiła małego mlekiem z chlebem. Nie było przecież nic dla psa. Rasta wydawał się bardziej żywy, niż na wsi u Beaty. Skakał na domowników, chciał wszystkiego dotknąć, wszystko polizać, zobaczyć. Ogon skakał mu w tę, w tamtą stronę. Szybko upodobał sobie kanapę i ani myślał zejść, kiedy ojciec wrzasnął: na dół! A jednak był bardzo posłuszny. Z podkulonymi kołtunkami zszedł, płaszcząc się po podłodze. Musiał być bity. Chwilę później jednak tak skakał, przepraszał, tańcował przy ojcu, że ten go pogłaskał i...też chyba zmiękł. Po tygodniu próby Rasta został w rodzinie.